Między bieganiem a pisaniem

1.

Zrobiłem dzisiaj Morning Runnera. Po raz pierwszy od dwóch lat, biegałem rano. 17 km w wolnym tempie. Bez szaleństw, bez szarpania, bez stresu. Ale też bez żadnych sensacji typu: „Boże, jeszcze 7 kilometrów!”. W okresie letnim postaram się przestawić na poranne bieganie. Kiedyś lubiłem biegać latem, nawet w południe, w pełnym słońcu i w temperaturze 30 stopni Celsjusza, ale po piątkowym umieraniu przy takiej pogodzie, pora zmienić przyzwyczajenia. Starzeję się?

2.

Pozdrawiacie innych biegaczy? Machaniem? Skinieniem? Ja pozdrawiam przede wszystkim tych, którzy biegają w bawełnianych ciuchach, mają nadwagę i najczęściej ich wyraz twarzy bardziej przypomina człowieka w agonii, niż biegacza któremu szumią pod kopułą endorfiny. Ci wyglądający zawodowo wsparcia nie potrzebują, a tym cierpiącym przyda się (chyba) każdy miły gest.

Continue reading „Między bieganiem a pisaniem”

Reklamy

Dziadzienie

Otwieram lewe oko. Podnoszę lewą nogę. Boli. Otwieram prawe oko. Podnoszę. Nogę, nie oko. Boli. Noga, nie oko.

Wstaję, „jak żółw ociężale”. Jakby mi ktoś teraz skłon kazał zrobić, to bym chyba zabił. Zdziadzienie jakieś. Spieprzaj dziadu, chciałoby się rzec, wystukać. I czuję się tak jakbym nie tylko nie miał dożyć nowego wieku emerytalnego, ale i koniec dnia dzisiejszego wydaje się celem ponad siły.

Continue reading „Dziadzienie”

Koniec z bieganiem

I wychodzę. Jeszcze mi tętno nie wzrosło, a już widzę dziewczę w wieku gimnazjalnym o bujnym, a i perfekcyjnym makijażu, żeby go przygotować na pierwszą lekcję, pewnie musiała wstać o wpół do piątej.

To biegnę. I pamiętam o tym, żeby wolno. Pierwsze 500 metrów w trzy minuty. Nie szybciej. Na trawniku stoi dziecko. Mama obok klęczy i wrzuca do wiaderka kamienie niczym muszelki na plaży. Albo psie kupy. Może pety. Pięćsetka – 2:34. Za szybko. Podnoszę głowę i w ostatniej chwili unikam zderzenia ze śmietnikiem. Nie stoi on może na środku chodnika, ale też i nie na jego poboczu. Onegdaj była w tym miejscu wiata przystankowa, ale zawłaszczyli ją sobie złomiarze i szklarze. Ewentualnie inny element.

Wyrzucam pulsometr w krzaki, ktoś skorzysta. Może opanuje więcej jego funkcji, niż ja. Mi już zresztą potrzebny nie będzie, przecież ten dzisiejszy bieg to bieg ostateczny, końcowy. Taki, żeby się przekonać raz jeszcze że forma wyparowała niczym wrząca woda z czajnika i nic się już nie da z nią zrobić. Nie wróci. Koniec biegania, wszelkich cierpień. Boże, co za ulga.

Continue reading „Koniec z bieganiem”

Moje biegowe początki

Nie jestem typem biegacza, który nagle stwierdził że waży dużo za dużo, wstał z kanapy i zaczął biegać. Albo bardziej dosadnie: nie jestem facetem, który postanowił biegać, bo swoje klejnoty był w stanie zobaczyć jedynie w lustrze.

Sport, w różnej formie, jak i dyscyplinie, był obecny w moim życiu od lat najmłodszych (bez względu na to, jak patetycznie to brzmi). Nie chcąc wymieniać długiej listy w co grałem lub co uprawiałem, napiszę tylko jedno: przy wzroście 184 cm NIGDY nie ważyłem więcej niż 78 kg. Zatem rozpoczynając przygodę z bieganiem nie miałem nadwagi, a i aktywny fizycznie byłem również (w sezonie codziennie 50 km na rowerze).

Continue reading „Moje biegowe początki”

Mój plan treningowy do półmaratonu

Nie zamierzam udawać, że jestem mądrzejszy niż w rzeczywistości (choć to, w dzisiejszych czasach dosyć powszechne). To co, przedstawiam poniżej to mój plan treningowy przed poznańskim półmaratonem. Może ktoś z niektórych jego założeń skorzysta, może do czegoś się to komuś przyda. A pewnie większość powie, że w ogóle się nie znam i lepiej żebym wziął się za hodowlę zwierząt futerkowych, a nie za bieganie/trenowanie.

Z planami treningowymi jest tak, że im  więcej się o nich czyta, tym człowiek bardziej skołowany chodzi, zamiast biegać. W którymś momencie trzeba zdać się albo na doświadczonego trenera, albo na własną intuicję. Biorąc oczywiście pod uwagę możliwości własnego organizmu.

I jeszcze jedno: wszelkie plany treningowe są po to, żeby je na bieżąco modyfikować. Boli kolano, źle się czujesz itd. – ODPUŚĆ! Plan ma pomóc, a nie zabić :-).

Continue reading „Mój plan treningowy do półmaratonu”

5. Poznań Półmaraton-wrażenia

  1. Jeszcze nigdy nie biegło mi się tak lekko! Płuca i nogi same niosły. Dopiero na 20 km poczułem, że robi mi się pęcherz na wielkim paluchu, ale wtedy musieliby mi obciąć obie nogi, żebym do mety nie dobiegł.
  2. Muszę przyznać, że półmaraton to był mój drugi bieg w życiu, w którym pokonałem ponad 20 km. Pierwszy raz, trzy tygodnie przed półmaratonem, było to 22 km w tempie 6 min/km i pamiętam że na 18-19 km miałem straszny kryzys. A w czasie półmaratonu: NIC! Nawet nie przebiegałem w pobliżu żadnego kryzysu 🙂 Nieznośna lekkość biegu, po prostu. Continue reading „5. Poznań Półmaraton-wrażenia”

I po debiucie

Mówiąc szczerze cały tydzień poprzedzający 5. Poznań Półmaraton, zdenerwowany byłem ogromnie. Nie mogąc zasnąć, w myślach przebiegłem dystans 21 km i 97 metrów kilkakrotnie. Jednak nigdy nie osiągnąłem wyniku zbliżonego, do tego jaki było mi dane uzyskać w rzeczywistości. Kilka dni przed startem, zaczęła mnie boleć kostka. Tak dziwnie. Najbardziej bolała mnie wtedy, kiedy siedziałem (co jest kolejnym argumentem za tym, że siedzący tryb życia do najzdrowszych nie należy) lub chodziłem. Natomiast w czasie biegu wszystko było w porządku.

W niedzielny poranek, z nerwów ledwie zdołałem wepchnąć w siebie śniadanie. Później jeszcze tylko małe przygody z dojechaniem nad Maltę i stoimy z L. na starcie.

Ustawiłem się w grupie biegnących na 1:50, bo: 1) obliczyłem, że stać mnie na taki wynik i 2) wynik poniżej dwóch godzin uznałbym za satysfakcjonujący.

Ostatni raz postanowiłem poprawić sznurowadło i się zaczęło… Bo mniej więcej wtedy, kiedy pochylałem się, rozległ się strzał startera (a właściwie starterki) i ruszył na mnie tłum. Musiałem przyklęknąć, żeby nie stracić równowagi. Nim się pozbierałem, bo rękawiczki nie ułatwiają wiązania butów, znalazłem się na końcu grupy biegnącej na 2:00. Gorzej być nie mogło. Frycowe zapłacone, Coco Jumbo i do przodu, jak powiedział klasyk.

Swoją grupę goniłem przez jedenaście kilometrów. Odpocząłem sobie w ich tempie 7 kilometrów i na moście Rocha (pod koniec 18. kilometra) ruszyłem do przodu. Ostatni kilometr pokonałem w tempie 4:30 ostatecznie uzyskując czas netto 1:46:30! (brutto: 1:48:10)

5. Poznań Halfmarathon

Ja to: nie ta owłosiona małpa z czarnym ryjem, ani ta drobna blondynka, ani Pan Odblaskowy, tylko ten z końcówką numeru 85 🙂

Dumny z siebie byłem (i nadal jestem) niesamowicie. Ciężka praca (czasem) popłaca. Długie wybiegania, podbiegi, interwały, brnięcie w śniegu po kostki – to wszystko złożyło się na ten wynik.

Do swojego debiutu jeszcze zapewne wrócę, a to powyżej napisałem żeby uniknąć postu w stylu: „Zakładam sobie bloga, bo… bla, bla, bla”.

Jak mawiał śp. red. Jerzy Mrzygłód: „Żegnam się tradycyjnym, do usłyszenia i zobaczenia”.