Koniec z bieganiem


I wychodzę. Jeszcze mi tętno nie wzrosło, a już widzę dziewczę w wieku gimnazjalnym o bujnym, a i perfekcyjnym makijażu, żeby go przygotować na pierwszą lekcję, pewnie musiała wstać o wpół do piątej.

To biegnę. I pamiętam o tym, żeby wolno. Pierwsze 500 metrów w trzy minuty. Nie szybciej. Na trawniku stoi dziecko. Mama obok klęczy i wrzuca do wiaderka kamienie niczym muszelki na plaży. Albo psie kupy. Może pety. Pięćsetka – 2:34. Za szybko. Podnoszę głowę i w ostatniej chwili unikam zderzenia ze śmietnikiem. Nie stoi on może na środku chodnika, ale też i nie na jego poboczu. Onegdaj była w tym miejscu wiata przystankowa, ale zawłaszczyli ją sobie złomiarze i szklarze. Ewentualnie inny element.

Wyrzucam pulsometr w krzaki, ktoś skorzysta. Może opanuje więcej jego funkcji, niż ja. Mi już zresztą potrzebny nie będzie, przecież ten dzisiejszy bieg to bieg ostateczny, końcowy. Taki, żeby się przekonać raz jeszcze że forma wyparowała niczym wrząca woda z czajnika i nic się już nie da z nią zrobić. Nie wróci. Koniec biegania, wszelkich cierpień. Boże, co za ulga.

Zaczynam drugi kilometr, jakoś łatwiej się biegnie. W drodze powrotnej przekonam się dlaczego. Żar tropików leje się z nieba. Pot zalewa mi oczy, z daszka czapki kapie na koszulkę. Gorąco jak w piekle, a podobno tylko 15 stopni. Telewizja kłamie, wiadomo.

W okolicach pizzerii kręci się gruba i brzydka dziewczyna, jakby czekała aż z kuchni na śmietnik wyrzucą resztki jedzenia. Odbija mi się banan zjedzony przed biegiem. Smakował jak papier ścierny. A przepraszam, papier ścierny ma lepszy smak.

Cały czas za szybko. Przebiegam przez wyremontowany wiadukt, dzięki temu skracam sobie drogę o kilkaset metrów. Mieli go oddać przed Euro, może zdążą, a jeśli nie to na igrzyska będzie lśniący i pachnący. Kierownik budowy zamelduje wykonanie zadania. Prezydent przetnie wstęgę. Bankiet, przodownicy pracy otrzymają goździki od  dzieci w strojach ludowych, tłumy niezainteresowanych gapiów ziewną i nową linią tramwajową udadzą się do centrum handlowego.

Ze smutkiem stwierdzam, że skoro znowu mogę biegać przez  wiadukt, to nie będę już przebiegał obok budki z kurczakami z różna, ani obok kwiaciarni. Nie będę łypał okiem na panią kwiaciarkę, a ona nie będzie łypać na mnie. I nie zatrzymam się tam pewnego dnia, a ona nie powie: Jesteś! Nareszcie! A ja nie odpowiem: Jestem. I nie będziemy żyć długo i szczęśliwie. The End. Napisy końcowe.

Dobiegam na Maltę. Trzy kilometry za mną. Tętno osiemset, czas beznadziejny.

Wkładam łeb pod wodę ze źródełka, moczę czapkę i w drogę. I zbiegam w stronę hangarów, jak trzy tygodnie temu na półmaratonie. Wioślarka o ślicznej twarzy i barach jak Pudzianowski przygotowuje się do treningu. Biegnę. Biegnę, więc jestem. Kurwa, też miałem pomysł. Co mi strzeliło z tym bieganiem? Uśmiecha się do mnie bezzębny rowerzysta, widocznie już tylko na takie wsparcie mogę liczyć.

Na horyzoncie biegaczka. Na początku malutka, z każdym krokiem coraz większa. W końcu taka w sam raz, żeby ją sobie dokładnie obejrzeć. Byłoby łatwiej, gdyby nie ten pot zalewający oczy. Ładna. Cała w najku. Pewnie ten strój, tuż przed biegiem dostarczyły jej wietnamskie dzieci z zakładu pracy niechronionej. Biegnie ze wzrokiem wbitym w asfalt. Na mnie nie patrzy, może to i lepiej. Tętno dziewięćset. W porywach do tysiąca.

Kolejny znacznik odległości wymalowany na asfalcie. Mam wrażenie, że poprzedni mijałem trzy lata temu, choć to tylko 250 metrów. Termy Maltańskie straszą niczym bazylika w Licheniu.

Półmetek. Zaczynam szukać symptomów dowolnej kontuzji, która umożliwiłaby mi zejście z trasy z honorem. A tu nic. Ja jebię. Ani kostka, ani łydka, żadnej kolki. Liczę, że może moja dentystka coś spieprzyła. Zaczynam modlić się choćby o banalny ból zęba. Z kontuzji nici. Trzeba przebierać kończynami dalej.

Sucho w gardle. Znowu zapomniałem popijać co 2 kilometry. Kiedyś zapomnę o oddychaniu i zejdę z tego świata. Kilka łyków dziwnego napoju. Trochę lepiej.

Chłopacy na wagarach, siedzą na trawie i popijają Warkę z puszki. Chociaż nie, oni raczej wyglądają jakby nigdy w pobliżu żadnej szkoły nawet nie przechodzili. I przypomina mi się omyłkowy sms, którego kiedyś dostałem. „Syn! Kup cztery czerwone Warki i Sobieskie. Dzięki. Ojciec.” Odpisałem: OK., zawsze tak odpisuje na takie smsy, bez względu na ich treść. Jezu, ile bym teraz oddał za taką zimną Warkę, nawet czerwoną i te Sobieskie.

Mija mnie długowłosy Jezus na rowerze. Kiwa mi. Nie kojarzę twarzy. Nie znam człowieka. Kiwnięcie biorę za błogosławienie cierpiącemu. Albo ostatnie namaszczenie.

Wymieniam z innym biegaczem gest potocznie znany jako zamawianie pięciu piw. Nawrót. Jeszcze tylko jasna, długa prosta wzdłuż Park Hotelu i jestem prawie w domu. Albo jakby w domu. Bo stamtąd jeszcze trzy kilometry. Tętno dochodzi do tysiąca.

Dopadają mnie halucynacje, albo napotykam na jakiś błąd w Matrixie. Ta sama biegaczka w najku, ten sam bezzębny rowerzysta. Gorąco. Piję, przebieram nogami, oddycham, umieram.

Malta Ski. Niebezpiecznie szybko zbliżam się do podbiegu na Polanę Harcery. To będzie męka. Zwalniam, żeby jak najbardziej odwlec moment kiedy zacznę się wspinać. Nie udaje się. Zaczynam podbiegać. 100% nachylenia, 2 kilometry przewyższenia. Kurwa, jak boli. Macham wściekle ramionami niczym Therese Johaug. Niewiele pomaga. W końcu jestem na szczycie. Trwało to chyba dwa tygodnie. Tętno dwa tysiące trzysta. Teraz może już tylko spadać.

Półtora kilometra pod wiatr. To dlatego w tamtą stronę biegło mi się lekko. Gruba baba z zakupami z Biedronki próbuje mnie staranować. Nie daje się. Nie schodzę z drogi. W końcu ona ustępuje.

Zaczyna być ciężko. Coś niepokojącego dzieje się w prawym bucie, jakiś kamień albo inna cholera. A może to po prostu kres moich możliwości puka od spodu i rechocze.

Ostatni kilometr. Mijam człowieka, który od razu kojarzy mi się z Mirmiłem z komiksu „Kajko i Kokosz”. Reklamówka-żulówka, sumiasty wąs i wyraz twarzy pod tytułem „wypiłoby się coś”.  Patrzy na mnie z nieukrywanym podziwem.

Pięćset metrów. Umieram. Czterysta. Umarłem. Trzysta. Sąd Ostateczny. Dwieście. Piekło. Sto. Koniec. Zatrzymuję stoper. Liczby są tak duże, że nie uczyli mnie o nich w szkole.

Nigdy więcej biegania. NIGDY!

P.S.

Historia ta jest autentyczna, ale wszystko w niej zostało wymyślone. Postacie natomiast są, jak najbardziej z krwi i kości.

A tak naprawdę było: 10,66 km w 53:05.

Jutro też idę biegać, forma wraca. To musiało być przemęczenie.

Reklamy

8 myśli w temacie “Koniec z bieganiem

  1. Fajne tętno – jak u kolibra, a nawet więcej! 😀 Domyślam się jednak, że był to głównie pomiar „na oko”, bo już na początku treningu wyrzuciłeś pulsometr 😉 No i super narracja 🙂 Keep it up!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s