Po bandzie

Po bandzie poszłem wczoraj. Chociaż nie, aż tak poszłem że mogę z całą odpowiedzialnością napisać: POSZEDŁEM DO BANDZIE.

W sobotę pogodziłem się z rowerem. Nie rozmawialiśmy od lipca. Kilka cichych dni dość szybko zamieniło się w kilka cichych miesięcy. Żaden z nas nie chciał ustąpić. W końcu stwierdziłem, że choć raz w życiu trzeba być tym mądrzejszym i odezwałem się pierwszy. Wyjaśniliśmy sobie kilka palących kwestii. Obyło się bez łez, wyciągania brudów z przeszłości, wzajemnych oskarżeń i konieczności wynajmowania prawników. Na razie podpisaliśmy rozejm, rozmowy pokojowe w toku.

Continue reading „Po bandzie”

Reklamy

Blog roku

Znalazłem blog roku. Co ja mówię, to jest blog wszech czasów. Spróbuję swoje wrażenia spisać, choć mój stan emocjonalny może mi na to nie pozwolić.

Tegoż bloga pisze dziewczę. Dziewczę z naszej polskiej ziemi, na tejże ziemi wychowana, na niej mieszkająca i po niej biegająca. Trochę się zdziwiłem, bo treść jej bloga wygląda jakby ktoś pisał go np. po angielsku (albo w suahili), a potem wrzucał to w translatora i dopiero to wstawiał do wpisu. I to było zdziwienie numer jeden. Drugie zdziwienia czyhało kilka wpisów poniżej i omal mnie nie zabiło. Bowiem dziewczę, nie tylko pisze bloga, biega a również studiuje… I wcale nie zostanie magistrem od fikołków. Dziewczę studiuje tzw. kierunek humanistyczny. Wywnioskowałem to na podstawie tytułów książek, o których ona pisze. Bo dziewczę nie tylko biega, pisze bloga, studiuje, ona również czyta. To jest zdziwienie numer następny (trzeci?). I tu poległem na całej linii. Tu leżę i kwiczę, ale muszę swoje zrobić, czyli ten wpis dokończyć. Co też heroicznie czynię.

Continue reading „Blog roku”

Untitled Document

Intro

Na ten wpis czekało 1,5 miliona fanów, 638 tysięcy lajków na fejsie, co drugi Chińczyk, co trzeci czytelnik „Gazety Polskiej” i wszystkie dziewczyny z Tap Madl.

1.

Biegnę. Ciepło. Może nawet gorąco. Choć właśnie mijam biegacza ubranego w kalesony i bluzę z długim rękawem, więc zaczynam się nad sobą zastanawiać. No dobra, niech się dzieje wola nieba. Ściągam koszulkę. Na widok mojej klaty, mężczyźni uciekają. Kobiety też.

A Spielberg przylatuje, żeby mi zaproponować rolę w „Liście Schindlera 2”.

Continue reading „Untitled Document”

To jest ten dzień!

…czyli najlepiej wydane, w tym kwartale, dziesięć złotych (a dokładnie 9,99 w tym 8% VAT).

Zdjęcie sam robiłem, a wiadomo że więcej mam talentu niż sprzętu, więc jest jakie jest.

Z tym magazynem jest tylko jeden problem. Ma najdurniejszą nazwę na świecie. Bo wyobraźcie sobie, że nie istnieją super-hipermarkety, saloniki prasowe i inne empiki. I że ten magazyn trzeba kupić w kiosku. W takim, z małym okienkiem w które wkłada się głowę i ladą na zewnątrz, o którą się można elegancko oprzeć.

Continue reading „To jest ten dzień!”

Bo koledzy są od tego

1.

Kolega ze mną zerwał znajomość. By SMS. Cytuję z pamięci, bo nie mogę telefonu znaleźć (tzn. mógłbym, ale szukać mi się nie chce): „po tym co powiedziałeś, to dziękuję za znajomość”. Chlip, chlip. A co takiego powiedziałem? To dłuższa historia. Otóż:

Kolega R. ma tendencje do picia (a kto nie ma, nie?), ale po tym piciu, a zwłaszcza w jego trakcie, ma skłonności do telefonowania. A ponieważ jestem ostatnią osobą z tzw. „towarzystwa”, która z nim rozmawia, to od jakiegoś czasu namiętnie wydzwaniał do mnie. Oczywiście ostatnio coraz rzadziej obierałem te telefony. No bo tak: ile dni z rzędu można wysłuchiwać tych samych dowcipów (np. Dlaczego Murzyni mają płaskie nosy?), ile razy można słuchać tych samych opowieści, gdzie to on nie był i czego nie robił (Anię Muchę to pewnie ze dwadzieścia razy miał, jak chciał i kiedy chciał). I tak dalej. No to w końcu mu powiedziałem: „Dzwonisz do mnie ciągle najebany i myślisz, że mi się chce twoich historii słuchać.” Itd. itd.

No to mi podziękował za znajomość. Bez żalu z mojej strony.

Continue reading „Bo koledzy są od tego”

Ferrari wśród blogów

Pogoda się zesrała (mówiąc delikatnie), zatem długi weekend skończył się trzy dni przed terminem.

Pora na jego podsumowanie.

Chuja napisałem.

W poniedziałek nie przejrzałem notatek.

We wtorek również nie przejrzałem, i pisać też nie zacząłem.

W środę podobnie.

I nie byłem dzisiaj biegać, wstałem sobie kulturalnie o 8:30, jak człowiek a nie jakiś narwany fanatyk porannego biegania. I nie pójdę biegać dzisiaj. Nie chce mi się. Spojrzałem na moje biegowe najki i stwierdziłem, że wolałbym mokasyny z frędzelkami założyć i w nich po Malcie paradować, niż ten biegowy obuw.

W niedzielę z L. długie wybieganie planujemy. 20 km. W tym jego pierdolonym tempie 6:00 min/km. W tym tempie, od którego kolana mnie bolą.

Continue reading „Ferrari wśród blogów”

Raz nie zawsze, dwa razy nie wciąż

…jak mówi stare przysłowie, ale znowu byłem rano biegać, i muszę przyznać że coraz bardziej mi się to podoba. Tłumy nad Maltą straszne (o ósmej rano!), jakby wszyscy przed obowiązkowym pochodem pierwszomajowym do grilla, postanowili trening odbyć.

I sąsiada w drodze powrotnej spotkałem. Tego, przez którego nie jestem najszybszym półmaratończykiem na piętrze. Kilka zdawkowych zdań na temat biegania, formy, butów, upału, jak to biegacze. I przypominam sobie naszą rozmowę sprzed roku. Sąsiada mnie zaczepia przy windzie: „I jak? Poszłeś na półmaraton. Bo ja poszłem. I powiem ci…” i tu wymienia wszystkie czasy, międzyczasy wraz z wrażeniami i uwagami. A na koniec pyta ponownie: „A ty poszłeś?”. „Nie”, odpowiadam i gryzę się w język, bo już słyszę w wyobraźni jak mówię: „nie poszłem”. Udało się. Milczenie bywa złotem.

Continue reading „Raz nie zawsze, dwa razy nie wciąż”