Fuck Me Twice On Sunday

Zgodnie ze starą regułą trzeba zacząć od trzęsienia ziemi. No to proszę bardzo: niedziela, pobudka o 6:50. Szybkie śniadanie. Dwa jajka na miękko, chrupkie pieczywo Wasa Sport i czarna kawa. Zatrzęsło?

Izotoniki przygotowane, jedzenie też, spodnie z pieluchą na rower i bez pieluchy do biegania, koszulka kolarska i taka do biegania, kask (w którym nadal wyglądam jak debil, na tym polu żadnych zmian), buty SPD i do biegania, okulary przeciwsłoneczne i czapka. Cel na dzisiejszy dzień: 35 km na rowerze, jak najszybciej, ale tak żeby się nie ujechać za bardzo, bowiem bezpośrednio po jeździe na rowerze czeka mnie jeszcze 14,3 km biegu. Zatrzęsło? Czy nadal trzęsie po pierwszym akapicie? Czy nic? Nic!? Bez serca jesteście.

8:00 – wskakuje na siodełko. Zaczynam za szybko, na zbyt niskich przełożeniach. Wiatr nie sprzyja, słońce wychodzi. W zeszłą sobotę przejechałem 40 km w 1:29, potem planowałem przebiec 10 km, ale spękałem i skróciłem trasę o 1,5 km. Teraz jestem zdeterminowany, żeby przejechać i przebiec dystans, który sobie założyłem. Kończę jazdę w 1:21. Osłabłem pod koniec, ale nie kopałem się z koniem, mając w perspektywie bieg. Continue reading „Fuck Me Twice On Sunday”

Reklamy

Chyba mam dość…

22 września ubiegłego roku, wydawało mi się, że stoję na Mount Everest i myślałem, że jestem większym królem świata niż James Cameron, Leonid Breżniew i Karol Wielki, razem wzięci.

24 września miałem urodziny i nadal wydawało mi się, że stoję na czubku świata, a przede mną klęczy Charlize Theron.

7 października czułem się jakbym leżał pod mostem, a jacyś złomiarze okradali mnie z resztek nadziei…

W dwa tygodnie, kurwa, z mojego własnego szczytu szczytów do rynsztoka, w którym tkwię po dzień dzisiejszy.

I pomimo budzika nastawionego na 5:50, nie idę jutro biegać. Pierdolę. Czego i Wam nie życzę.