Powrót syna małostrawnego

Z pamiętnika biegającego socjopaty – tytuł zastępczy, taki w sam raz, żeby zniechęcić tych niezbyt często czytających tego bloga, a i tych, którzy jego konwencji, najogólniej mówiąc, nie są w stanie ogarnąć.

Październik

Pomaratońskie nudy. Nudy na pudy. Dla tych mniej bystrych lub akurat nieobecnych na tej lekcji, przypominam: pud – rosyjska jednostka wagi.

I te dialogi. Niedobre, bardzo niedobre. W niczym walki z nudą nieułatwiające. Biegasz? No. A ile tak? Różnie. A dzisiaj? Nie wiem. A tak średnio? Maraton przebiegłem. Cały? No cały – odpowiadam, choć pytanie nie trzyma poziomu. A na którym kilometrze ktoś czekał z fajkami i Dębowym, hehe. Nikt nie czekał. I nie palę. O ja pierdolę! Koniec świata! No…

I tak z wrodzoną skromnością dodam, że ja ten maraton przebiegłem paląc paczkę dziennie.

Walkę z nudą miały ułatwić przygotowania do Biegu Niepodległości w Luboniu na 10 kilometrów. Ale nim pomyślałem, żeby się do niego zapisać to limit miejsc został przekroczony. A lenistwo, wrodzone – a jakże, sprawiło że innego biegu na dychę nie chciało mi się szukać. W ogóle stwierdzam, że jestem najbardziej leniwym maratończykiem świata. Z tych, którzy złamali cztery godziny. Znam co prawda jeszcze bardziej leniwego, ale on szura w okolicach pięciu godzin, więc startujemy w innych kategoriach. Kolega ów, jak mi się zdaje, popełnia szczyt lenistwa. Bijąc właściciela poprzedniego rekordu o kilka długości, bowiem jego jedyną formą przygotowania do królewskiego dystansu jest fakt zapisania się. A potem świeży staje na starcie, cztery razy umiera na trasie, ale dociera do mety, potem jeszcze tylko tydzień na tzw. dojście do siebie, prawdziwie twardy skurwysyn z niego, ale leniwy. Skończymy w piekle.

Continue reading „Powrót syna małostrawnego”

Reklamy