Przed jedynym startem w tym sezonie

I.

Nienawidzę takich dni, nie zdarzają się one często, ale powracają. A wygląda to tak: człowiek wstaje rano, już przy myciu zębów niecierpliwie przebiera nogami, kiedy wreszcie pójdzie pobiegać. Napalony jest na te kilka kilometrów jak łysy na grzebień. W końcu nadchodzi wyczekiwana chwila, pierwsze kroki, po dwustu metrach już czujesz, że coś jest nie tak, organizm nie pracuje tak, jak cię do tego przyzwyczaił, po pięciuset metrach każdy krok wysysa z ciebie potężną dawkę energii, a powietrze w płucach ciężkie jest jak z krakowskiego smogu. A potem każdy kilometr jest walką, przetruchtałem wczoraj te osiem kilometrów w żółwim tempie, czując się jak stukilogramowy worek z ziemniakami. Forma jest, gorszy dzień się trafił. Nie lubię.

Continue reading „Przed jedynym startem w tym sezonie”

Reklamy