Czas dać na zapowiedzi

Przedwczoraj. Pierwszy tak ciepły dzień w tym roku. Na ósmym kilometrze marzyłem o zimnym piwie i chipsach. I z premedytacją ten zestaw popełniłem wieczorem, zapominając o reżimie treningowym, o trzymaniu diety, której nigdy nie trzymam i o innych detalach, których porządni biegacze pilnują niczym prawd objawionych, a ja o nich zapominam, a właściwie pomijam, bo przecież ja wiem wszystko najlepiej. Nie dla mnie treningibiegacza pe el, czy inne rozciągania. Jeśli ktoś się jeszcze nie pogubił w tych skomplikowanych relacjach pt. Ja i bieganie, to zapraszam dalej, może nawet będzie śmiesznie, ale tym razem tego zagwarantować nie mogę.

Wczoraj. Drugi tak ciepły dzień. Właściwie niezbyt ciepły, co z ciężkim jak ołów powietrzem, koszulka szczelnie przywierała do ciała, z czapki pot kapał jak łzy polskich kibiców po meczu piłkarskiej reprezentacji. I trochę lepiej z tym bieganiem, może coś z tego sezonu uda się uratować, o czym za chwilę, każde najmniejsze choćby wzniesienie już mnie nie zabija. I po tych siedmiu dniach treningowych odpoczynek nie tylko mi się należy, ale czuję że muszę. I nawet się rozciągałem po biegu, co rzadko praktykuję, ale o tym to już tyle razy pisałem, że nudą wieje. A nudzić nigdy nie lubiłem.

logo

Dzisiaj. W życiu każdego mężczyzny, albo przynajmniej co drugiego, przychodzi taki dzień, że trzeba dać na zapowiedzi. No to daję i zapowiadam: na 15. Poznań Maratonie rozpierdolę kiosk, oczywiście tylko w przypadku, że mnie wcześniej życie nie rozpierdoli. Na czym to będzie polegać? Biorąc pod uwagę, że z ostatnich szesnastu miesięcy uczciwie mogłem trenować jedynie przez cztery z nich, to każdy wynik w okolicach życiówki (3:35) uznam za rozpierdolenie kiosku. Czego możecie mi życzyć.

Reklamy

Nie biegnę, więc

Ten wpis miał się ukazać światu w zeszłym tygodniu, miał mieć inny tytuł i taki początek: taki jestem wychudzony, że niedługo mi biegowe kalesony z tyłka zjadą, i jestem w takiej formie, że jak w niedzielę tę poznańską połówkę przelecę to…

Ale nie przeleciałem tej połówki, i wcale nie jestem w formie, i gruby się zrobiłem, co w przypadku biegacza oznacza, że mu się mięśnie brzucha ukryły pod zimową warstwą tłuszczu. I wszystko jest generalnie do bani, a nawet więcej niż wszystko.

Choćby to, że nie mogę wprost napisać tego co chciałbym wyrazić, co chciałbym wykrzyczeć, muszę jakieś eufemizmy wymyślać, przenośnie i Bóg raczy wiedzieć co jeszcze. Że muszę pisać, że nie czuję tego biegania, bo to nic nie oznacza i jest w zasadzie najbezpieczniejszym rozwiązaniem. Choć mógłbym oczywiście w swoim stylu napisać, że nie przepracowałem zimy, bo jej nie było, więc nie miałem okazji na to, żeby formę złapać.

A muszę napisać, że moje bieganie to istna katastrofa, że poruszam się w tempie, wokół którego kiedyś, nawet nomen omen, nie przebiegałem. Nawet wtedy, kiedy swoją przygodę z bieganiem dopiero zaczynałem.

I myśl taka, żeby ten wpis porzucić, teraz, w połowie, bo nikogo to nie obchodzi. Kolejny stracony sezon mnie czeka, wiem to, mimo że minęła dopiero jego pierwsza część. I startów nie będzie żadnych, i swojego skromnego dorobku startowego nie powiększę. Żadnej z życiówek nie poprawię, a kiedy na nie spoglądam, to nie wierzę, że kiedyś tak szybko biegałem, że to dla mnie na dzień dzisiejszy czysta abstrakcja. Że pozostanie mi śledzenie Waszych wyników, czasem wpadnę na jakieś zawody, choć nie należy to do przyjemności, kiedy musisz wyjaśniać, dlaczego jesteś w cywilnych ciuchach, zamiast w biegowym stroju, i musisz różne historie wymyślać, mniej więcej takie jak w tym wpisie.

I chyba nigdy jeszcze w dwuletniej historii tego bloga nie było tak żałosnego wpisu, w którym sens ma jedynie początek i koniec, a środek to erzac, produkt zastępczy i raczej mocno wybrakowany. Nie warto więc przedłużać…

A ten wpis całość miało spajać, niczym klamrą, zdanie: Już taki chudy jestem, że niedługo mi Garmin spadnie z przegubu dłoni…