Skip to content

15. Poznań Maraton – relacja

Listopad 4, 2014

…czyli „nie miało boleć aż tak”.

Siedzę i siedzę, a powinno być, że biegnę i biegnę, makulatury literackiej wyprodukowałem tonę albo i dwie, wiadomo od dawna, że papier zniesie wszystko, choć należy dodać zgodnie z duchem czasów, że monitor komputera zniesie znacznie więcej. No i znosi moją nieporadną składnię, ubogie słownictwo i styl ciężki jak krok na 40 kilometrze maratonu. To chyba wersja trzecia albo czwarta, łatwo się pogubić, dokumentów o błyskotliwym tytule „15. Poznań Maraton” mam pół komputera, a drugie pół to zdjęcia, na wszystkich biegnę, na żadnym nie siedzę. I z tych wersji, które ostatecznie sczezną na dysku, to jeden akapit mam, ostatni, ale nie uprzedzajmy.

Na starcie tradycyjnie: Ryszard Prezydent, Rydwany Ognia i Maria Pańczak. Kenijczycy w pierwszym rzędzie, nim zabrzmiał strzał już byli w połowie dystansu, szans nie dali nikomu, również tradycyjnie, choć Polacy trzymali się dzielnie, ale przecież o bieganie chodzi, a nie o trzymanie, i ja, pośród tych sześciu tysięcy. Skazańców, chciałoby się dodać, żeby dramatyzm wzmóc, ale przecież sami sobie te 42 kilometry wybraliśmy, i podejrzewam, że większość z nas zrobiła to na trzeźwo, świadomi pełni praw i obowiązków, więc raczej nie skazańcy, a wybrańcy. Biegniemy.

Pierwszy kilometr, ścisk jak w tramwaju w godzinach szczytu, ewentualnie w rannym pociągu relacji Krzyż-Poznań, znam z autopsji, zdarza mi się. Drugi kilometr, obok mnie Bosonogi Biegacz z Flagą z Małopolski zaprasza na swój siedemdziesiąty maraton. „W tym tygodniu?”, pyta ktoś błyskotliwie, a i złośliwie. Aż żałuję i zazdroszczę, że to nie ja. Trzeci kilometr, dziwne, ale ktoś leży na poboczu. A właściwie nie ktoś, a biegacz. W pewnej całodobowej stacji informacyjnej już zacierają ręce, jest trup, bo co to za maraton bez trupa. Ukraina, ebola, Państwo Islamskie – to się nie liczy, my musimy, a właściwie oni muszą, mieć swojskiego trupa, Polaka-biegacza.

Reflektor wspomnień

Czwarty kilometr, spotkanie po latach, wpadam na Kubę, przepraszam – Jakuba, bo Kubę to ja miałem w dzieciństwie pod postacią papużki falistej i chomika syryjskiego. Kilka zdawkowych zdań, z dumą oświadczam, jak to cały przedmaratoński stres pozostawiłem w małej szaro-zielonej budce. Zostawiam go, biegnie za wolno, no i boję się, że zaraz zapalimy reflektor wspomnień, a nie rozmawialiśmy dłużej jakieś 18 lat. Pełnoletnia ta nasza nieznajomość.

Piąty kilometr, zaczynam rozglądać się za punktem odżywczym, brzmi to trochę jak punkt skupu żywca. Ciepło się robi, może nie jest to lipiec w październiku, ale fachowcy powiedzą potem, że „bieg odbył się przy wysokiej wilgotności powietrza”. No dobrze, a gdzie ten punkt? Jest tuż przed stadionem, no to trzy kubki wody na siebie i na murawę. Wstyd przyznać, ale to moja pierwsza na nim wizyta, na tym nowym oczywiście, bo na starej Bułgarskiej bywałem, owszem, śpiewałem, też, że Legia nie jest fajna, a Górnik to już w ogóle. Reflektor wspomnień – wyłączamy.

Przypominam sobie o moim planie na ten bieg, o planie, w który chyba od początku nie wierzyłem, a jednak zdecydowałem się go realizować. Dwanaście godzin przed startem powiedziałem do Marii, że jeśli kolano wytrzyma, to ja zrobię resztę. A właśnie, kolano. Bolało od dwóch tygodni, a może od zawsze. Po 15 kilometrach długiego wybiegania zaczynało boleć, po dwudziestu bolało bardzo, a po 25 ból stawał się nie do zniesienia. Ból przerażał mnie bardziej niż dystans – niezłe hasło, nie? Teraz mamy kilometr ósmy, a ja zaczynam czuć lekkie kłucie z boku rzepki, a może raczej: „myślę sobie, coś mi, kurwa, rzepkę skrobie”. Nie musicie wierzyć, ale ja naprawdę ten wers wymyśliłem na trasie maratonu, dokładne miejsce też pamiętam. A na dodatek tempa nie trzymam żadnego, tych pierwszych kilka kilometrów poszarpane niczym szrapnelem.

Pisałem o stresie i jak się go elegancko pozbyłem na godzinę przed startem, pisałem. Dodam, że jeszcze przed żadnymi zawodami nie byłem tak zdenerwowany. I nie tylko to. Bałem się. Bardzo. Czekałem na ten moment ponad 720 dni, czyli około 17 300 godzin, przez ten czas, bez większego wysiłku, można przebiec około 400 maratonów. Mi wystarczył ten jeden, ten mój, ten drugi w życiu, ten 15. Poznań Maraton.

Nie czas na coming out

Miałem świadomość, że dwie nieprzepracowane zimy mogą mi się odbić czkawką, a w najgorszym wypadku nieźle mnie sponiewierać. Pamiętałem też ten marcowy dzień, kiedy wróciłem z treningu całkowicie załamany, kiedy uznałem, że kolejny sezon stracony, że maraton to ja w telewizji może kiedyś zobaczę, bo nawet nie będzie mi się z żalu chciało wyjść z domu pokibicować. I nie czas, i nie miejsce, tutaj i teraz na coming outy, zostawmy je słynniejszym i bardziej sportowo utytułowanym. Ja pozostanę przy swoim eufemizmie, że wiosną tego biegania po prostu nie czułem.

Wracamy na trasę. Wspomnień czar odsłona druga, ostatnia raczej. Spotykam M., dawną znajomą, przy której moją nieznajomość z Jakubem można z powodzeniem nazwać prawdziwą przyjaźnią. Pytam, jak leci, taki banał, jaki można wyartykułować na 15. kilometrze maratonu, jak i w kolejce do kasy w Tesco. Bezpieczny, wydawać by się mogło, ale zamiast odpowiedzi słyszę jedynie burknięcie, i to raczej mało przyjazne. Nie byłem przygotowany na takie traktowanie i, jak to się ładnie mówi, zapomniałem wtedy języka w gębie, ale teraz mogę się odgryźć. Złośliwi, czyli ja, powiedzieliby, że jak się już nie biega maratonu w 3:08, a za to wyhodowało sobie piękną skórkę pomarańczową, to już nie trzeba starym znajomym na zaczepki odpowiadać. Zemsta bywa słodka. Biegniemy dalej. A M. tego maratonu nie skończyła, zdarza się, nie?

15poznan-maraton-03

A kuku na 15. kilometrze

Kilometr szesnasty. Nijaki taki. Po lesie, choć w mieście, czyli ani po lesie, ani w mieście. Podbieg, całe siedemdziesiąt metrów, morduję się na nim jak koń pod górę, koń w kopalni, i koń w samo południe. Takie nic, a mogło zabić. Kilometr siedemnasty, zieeeewwww… Ciągną się te kilometry jak szychta górnikowi, jeśli już w pobliżu takowych metafor, nomen omen – przebiegamy.

Na punktach piję izotonik, polewam się wodą, jem banany i pomarańcze, jestem wszystkożerny, bo zagryzam to dodatkowo żelem energetycznym. 21 kilometr, połówka. I przypomina mi się taki stary dowcip: – Ile to jest ‘nic’? – Pół litra we dwóch. Na maratonie ta połówka też właściwie niczym powinna być, ale jakoś, kurwa, nie jest. Słabnę. Tak nagle, niespodziewanie, żadna to ściana, osłabienie jedynie, które wiem, że nie minie, będzie rosło, i albo mnie zabije, albo mnie zabije. („Co cię nie zabije, to cię wzmocni” – co za bzdura, Nietzsche chyba sam w to nie wierzył). Dzieciaki, mnóstwo dzieciaków, dopingują, a ja mam ochotę się zatrzymać, olać ten maraton. Naprawdę, 21 kilometr i taka myśl po raz pierwszy, pewnie nie wierzycie, muszę przyznać, że sam w to, kurwa, nie wierzyłem. Myślę sobie (tu wstawić wers o rzepce): Te dzieciaki mnie nie zabiją, ale może mnie wzmocnią? Bzdura, odpowiadam sobie, ale biegnę, nie zatrzymuję się, walczę, dla nich. Być może widzą we mnie bohatera (sic!). Może jestem dla nich jak Boniek ze Smolarkiem w jednym, albo chociaż jak Lewandowski ze Szczęsny w drugim.

15poznan-maraton-05

Połówka

Mniejsza połowa

25, czyli jeszcze 17. Mniejsza połowa, jakby powiedzieli ci bardziej błyskotliwi. Ale i tak dla mnie wielka jak Atlantyk. Próbuję się oszukać, wizualizacja – ja na mecie, nie działa. Kolejna próba – ja 16 kilometrów przed metą, nieco lepiej, ale i tak samo się nie przebiegnie.

A jak kolano? Miło, że pytacie. Istnieje w tzw. świadomości społecznej pewna legenda miejska albo mądrość ludowa, brzmi ona tak, że mózg nie jest w stanie obsłużyć dwóch lub więcej ośrodków bólu. A zatem jeśli boli cię ząb, to… Cholera, coś chyba pomyliłem, tak to jest, jak widać z mądrościami ludowymi. Ale do czegoś zmierzałem, z pewnością do mety, wszak maraton opisuję, i może nawet ktoś do tego miejsca dotarł, dotarł? Jest ciężko, dwa lata temu w tym miejscu zaczął się dla mnie maraton, w tym roku się kończy. 28 kilometr, teraz może być już tylko gorzej. I będzie, ale nie uprzedzajmy.

O kolanie miało być, ale oczywiście zapomniałem, proszę: Ból jest taki, że to skrobanie w rzepkę momentami bywa całkiem przyjemne.

Wyższa matematyka

30 km. Koniec. Naprawdę. Tempo spada i już nie wzrośnie, do końca będzie tak trochę powyżej pięciu minut, czasami nawet bardziej niż trochę. Byle do Śródki, myślę, stamtąd będzie do mety tylko pięć, ale do tych pięciu jeszcze siedem. Wyższa matematyka.

A propos matematyki, tuż przed wiaduktem w Antoninku dopinguje nas grupa tych, którzy to wczoraj położyli się po meczu Polska-Niemcy mając dziewięć promili, a teraz ledwie wstali, uczciwie pracują nad tym, żeby im czasem te promile zbytnio nie wyparowały, i to jest dopiero wyższa matematyka. Cytuję za jednym z nich o wyglądzie, jakby się z puszką piwa w dłoni urodził: „Kurwa, dajecie. Wczoraj piłkarze dali, kurwa, a wy, kurwa, wygrali, dwa zero, kurwa, a wy, nie dacie, kurwa, no”.

Wyprzedzam coraz więcej spacerowiczów. Maszerują, dwójkami, trójkami do nieba szli, a przecież bieg to zdrowie. Nienawidzę ich serdecznie, zazdroszczę im również, tego, że się poddali, że mają wszystko gdzieś, a najbardziej ten maraton. A ja jednocześnie chciałbym i nie. I trochę odpocząć i nie. I dobiec i nie. Większość jednak biegnie, co prawda niektórzy tłuką się od krawężnika do krawężnika jak kot w kuwecie albo eleganckim postojem na punkcie żywieniowym próbują zyskać nowe życie albo chociaż ze dwa oddechy i łyk wody. I ja z nimi, cierpiący ale biegnący. Jeszcze dwanaście, jeszcze.

Połamane morale

Warszawska. To już właściwie aleja spacerowa, morale tak mi łamią ci spacerowicze, że będę musiał w gipsie chodzić i nie dobiegnę. I te ciągłe podbiegi, o profilu takim, że na pierwszym kilometrze ich się nie zauważa, a na trzydziestym bolą jak poziom piłkarskiej ekstraklasy. Może jednak lepszy byłby podbieg na Serbskiej? Raz, a dobrze, a nie tak ciągle gór-dóła? Nie dogodzisz biegaczowi, że tak powiem.

Śródka już prawie, już na wyciągnięcie ręki, ale nie ma szpaleru kibiców jak w roku ubiegłym, jest za to policjant o wyglądzie młodego Davida Morriseya pstrykający fotki i wyjaśniający, że mandaty będę wysyłane w poniedziałek. Widać, że ubawił go ten własny dowcip po pachy. Dobry żart tynfa wart, ale mi jakoś do śmiechu nie jest.

Zbieram resztkę sił w jedną cienką wiązkę, tak naprawdę chciałem to zdanie dwa lata temu napisać, tyle że zapomniałem, teraz jest okazja, tylko że wiązką cieniuteńka, a i sił brak. Jeszcze pięć kilometrów, cztery zakręty i jeden podbieg. Wytrzymać i biec, choć ból nawarstwiający się od ponad godziny podpowiada zupełnie co innego. Patrzę na Garmina jak szpak w pięćdziesiąt groszy. Będzie poniżej 3:30, czy nie? Kalkuluję, ale mój mózg umęczony bólem kolan, bioder, łydek i ud, odmawia współpracy, nie dziwię mu się.

Balonik i Joe Pesci

Garbary, dogania mnie Jakub, z którym nie rozmawiałem osiemnaście lat i 35 kilometrów, i którego miałem wyprzedzić na mecie o dziesięć minut, na razie to on włącza migacz i zostawia mnie kilka metrów z tyłu. Znowu góra-dół. Wyprzedza mnie też balonik i przyczepiony do niego pacemaker o wyglądzie Joe Pesciego z „JFK”. Niecałe trzy kilometry i dwa zakręty do końca tego koszmaru. Balonik krzyczy: „Trzymiemy, trzymiemy”, ale dokoła niego niewielu trzymie, ze mną na czele. Tym razem to ja włączam kierunkowskaz i wyprzedzam Jakuba, tak będzie aż do mety.

Ostatni punkt nawadniania, odżywiania i skupu żywca, choć żywiec na nim jakoś mało żywy. Balonik odlatuje mi jak na zawodach o Puchar Gordona Bennetta. „Brawo, Krzysiu!”, krzyczy jakaś rozanielona sześćdziesięciolatka, a ja zastanawiam się, czy ma nad wyraz i nad wiek dobry wzrok i zdołała odczytać moje imię z numeru startowego, czy też ma nad wyraz dobrą pamięć, i jest to na przykład moja nauczycielka prac ręcznych ze szkoły podstawowej.

15poznan-maraton-06

Jeszcze 200 metrów; w czerwonej czapce – Jakub

Nieubłaganie zbliżamy się do podbiegu na Roosevelta. Wiem, że mnie ten podbieg nie zaskoczy jak Serbska dwa lata temu lub też jak zima drogowców, jestem na niego przygotowany. Mija bezboleśnie, co na czterdziestym kilometrze maratonu brzmi kuriozalnie albo nieprawdopodobnie, a może i tak, i tak. Kilometr do końca. Mówiąc szczerze, niewiele pamiętam. Żonę L. stojącą na Kaponierze, siostrę, siostrzeńca i szwagra tuż przed bramą na targi, to, że zabawiam kibiców przed metą i że wyprzedzam Jakuba.

output_nErII7

Showtime!

Taki życiowy es flores

Na mecie nie ma szaleńczej radości, jak dwa lata temu. Jest za to dwa razy większe zmęczenie, a wynik zaledwie o pięć minut lepszy, nie narzekam, taki był plan minimum – życiówka, i to udało się zrealizować. Czekam na Marię, ale mijamy się w tłumie maratończyków, „taki życiowy es flores.”

15poznan-maraton-04

Czekając na Mari

I zamiast zakończenia, albo też w jego ramach, ten akapit ostatni, który powstał tak dawno, że już sam nie pamiętam, czy ma on w ogóle jakikolwiek sens, oceńcie sami: Jak to jest z tym maratonem? Może tak: wydaje ci się, że dałeś z siebie wszystko, a po kilku minutach, godzinach, ewentualnie dniach bądź tygodniach stwierdzasz, że jednak stać cię na więcej i wtedy zaczynasz szukać kolejnego maratonu, nowego i jeszcze lepszego planu treningowego. I tak to się kręci. Mniej więcej. Chyba. Albo i nie. Ale raczej tak.

15poznan-maraton-02

„Nie miało boleć aż tak”

Reklamy

From → Bieganie, Starty

6 Komentarzy
  1. pistacjowa permalink

    Ciacho z Ciebie! 😀

    • Człowiek męczy się, biegnie maraton, potem męczy się podwójnie, próbując to opisać, poleruje frazę, momentami upaja się nią jak Pilch, i po tych wszystkich męczarniach jedyna pochwała jaka go spotka, to taka, że „jest ładny z ryja” 😉

  2. Ale ta papużka falista i chomik syryjski u małego kgb to jest dopiero coming out! 😉

  3. Długo trzeba było czekać na ten wpis ale było warto. Dawno niczego tak dobrze mi się nie czytało, w pewnych momentach wręcz parsknąłem śmiechem. Świetna lektura.

    Co do samego maratonu. Gratuluję życiówki i ukończenia mimo przeciwności jakie napotkałeś. Ze starymi znajomymi tak to już bywa, jedni stają się tacy, że żałujemy, że kontakt został zerwany, natomiast inni wręcz przeciwnie. 😉

  4. Krzywo numerek się temu Krzysiu przypiął do koszulki…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: