Skip to content

IV. Luboński Bieg Niepodległości, czyli lekcja muzyki

Listopad 27, 2014

Czas: wtedy, kiedy jeszcze niezbyt zdolni uczniowie zamiast trywialnej jedynki dostawali dumną dwóję. Miejsce akcji: szkoła podstawowa, klasa druga, lekcja muzyki. Osoby dramatu: nauczycielka muzyki, sroga, wygląda na starą pannę, a nie jest, uczniowie, różni, zdolni i ci mniej. Nauczycielka: Nowak! Hymn Polski! Nowak zaczyna recytować, choć raczej powinien śpiewać, nie? Jeszcze Polska nie zginęła, póki… Siadaj, dwa!, przerywa brutalnie nauczycielka, następny!, ryczy jak kapo na apelu, wstaje następny, Niedziela się nazywa, zaczyna: Jeszcze Polska nie zginęła, póki… Siadaj, dwa!, ryczy stara panna, którą nie jest. I tak pół klasy wycięte jak choinki przed świętami.

Tośmy powspominali, to znaczy ja, bo wy tu siedzicie prawie jak ja wtedy na tej lekcji. Teraz uważać, dzieci, przeskok będzie. Trzydzieści lat jak z bicza strzelił, swoją drogą debilnie to brzmi. I już lekcja bardziej wuefu choć i muzyki. 11 listopada, Bieg Niepodległości, Luboń, czas i miejsce akcji podaję, zanotować, zapamiętać, zdać, zapić. Przed biegiem komenda: do hymnu! Taki ze mnie patriota, że nie wiem nawet, czy „póki” śpiewać, czy „kiedy”. Męska decyzja, nie śpiewam, nic się nie nauczyłem w tej szkole, stwierdzam, za to teraz dowiaduję się, że Mazurek Dąbrowskiego ma aż cztery zwrotki, i refreny też cztery, to znaczy jeden, ale cztery razy, nigdy bym nie przypuszczał, zaczerwieniam się, boję trochę, że mnie, kurwa, aresztują jeszcze, do lochu z nim, hymnu nie zna, se, kurwa, nie pobiega, widzę oczami wyobraźni. Strzał i po mnie, ale okazuje się, że to nie do mnie, nie wyrok, start, starter strzelił, ogary poszły w las, a my w Luboń.

Po stu metrach nagle stop, jak stop, jak start dopiero? Wpadam na kogoś, ktoś na mnie. Z gracją wymijajmy sprawcę zamieszania, tego stopu przymusowego, znaczy. To samochód, tzw. pilot biegu z zegarem na dachu, rozłożył się jak dąb albo jak dziwka na łóżku. Lecimy. Prosta, zakręt, prosta, zakręt i tak dalej. Strzelają flesze, grupka biegaczy robi sobie zdjęcie w biegu, samojebkę, musimy poprawić, bo Marek się nie załapał, pokrzykuje dowódca brygady. Wyprzedzam ich, jeszcze tylko dwa uderzenia drzewcem od flagi, to pewnie za ten hymn nieznany przeze mnie i pierwszy kilometr za mną.

I mam ochotę was kolejnym przeskokiem uraczyć, od razu na metę, jeden akapit, dziesięć kilometrów zrobione, medal odebrany, koniec. Kusi. Bo co też można napisać o biegu na 10 kilometrów? Że był? Maraton to co innego. Tam się można huśtać na tych 42. kilometrach, oprzeć się można, pławić w bólu, i boleć wpław, i pisać, pisać… A dycha? Nie wiem, ale kiedyś się dowiem.

Trzymam tempo, 4:20 na kilometr, tak to sobie wymyśliłem, hamulec wciskam, choć nie muszę, bo szybciej i tak nie mogę. Na trzecim kilometrze marzę o końcu, na piątym bardziej, o dziwo, na siódmym mniej. Podbieg na ósmym. Nie lubię. Koszmar ubiegłego roku, teraz mądrzejszy, pełen doświadczeń staram się trzymać jakiejś grupki, żeby przy ewentualnych silniejszych podmuchach wiatru nie zostać sam jak palec, zawiedzionych brakiem błyskotliwej metafory niniejszym przepraszam. Dziewiąty kilometr. Już prawie. Garmin mi się przestawia, i zamiast swego tempa, (4:20, a jakże) widzę, że dwunasta za dziesięć. Potrzebne mi to, jak dziwce majtki, jakby powiedział Bukowski. W końcu przestawiam urządzenie na jego prawowite tory, a w duchu mam ochotę rozszarpać twórcę nieudanego modelu Forerunner 405.

lubon-14-01

Wpadam na metę, 43:28, lepiej o sekund osiemnaście niż przed rokiem. Plan wykonany, trzeci start, trzecia życiówka. Lepiej chyba być nie mogło. Od miesiąca więcej leżę niż trenuję, a ostatnie porządne jednostki treningowe jakie pamiętam to pod postacią startów się kryją. Bardzo długie wybieganie na maratonie i WB2 na półmaratonie, kozak ze mnie, nie?

Czekam na mecie na Marię, żeby tym razem się z nią nie rozminąć, jak na maratonie, nie zgubić się w tłumie, napisałbym, że wpadła na metę, ale tak nie było, za to wkurwiona jak sto pięćdziesiąt, a właściwie jak pięćdziesiąt i cztery sekundy. Mam nadzieję, że mi wybaczy. Przecież miłość wszystko wybacza. Albo wypacza. Cholera wie, ale jej akurat w pobliżu nie ma.

Reklamy

From → Bieganie, Starty

3 Komentarze
  1. Wypaczyłam.

  2. Cóż, ja mogę tylko pogratulować i mieć nadzieję, że dyscypliny i samo zaparcia wystarczy mi na tyle, że chociaż się zbliżyć do Twojego poziomu 🙂 Gratulacje i wszystkiego dobrego na Święta

  3. I co z blogiem?:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: