Maszeruj albo giń – Ultra Cross Gwint 2018


„Nie wiesz, jak zacząć, zacznij, że zaczynasz”, radzi pisarz Janusz Rudnicki. Na przykład – „Na początku mego listu…”. Na początku mojej relacji powinienem umieścić podróż pociągiem z Poznania do Grodziska, w fotelu funkcjonalnością i wygodą przypominającym narzędzie tortur. Ale przeżyłem tę godzinę, ten nudny krajobraz, pola ciągnące się po horyzont, smętne miasteczka i wsie, współpasażerów umęczonych robotą, wracających z metropolii na swoją ojcowiznę, której ani uprawiać nie chcą, ani nawet nigdy nie chcieli. A może ojcowizna już sprzedana pod obwodnicę albo Autostradę Wolności, co, musicie przyznać, z pewnością jest jakimś postępem cywilizacyjnym.

Ale to nie jest początek tej historii. Parafrazując klasyka: „inne początki są w niej czynne”. O czym może później.

Pakiet odebrałem, obóz w hali rozbiłem, rozmowy z innymi uczestnikami odbyłem, wszyscy patrzyli na siebie trochę jak bokserzy przed walką, a może mi się tylko zdawało. Biedronka w Grodzisku wyglądała jak po najeździe Hunów, nawet bananów nie było, pizza w Pepino dobra, przy okazji pozdrawiam panią kelnerkę, tyleż ładną, co niemiłą. Powrót na halę, większość już śpi albo do snu się szykuje, poza tymi, którzy dopiero dojechali i teraz pokonują tę samą drogę, którą ja mam już za sobą. To tak w telegraficznym skrócie, może dzięki niemu dotrę do sedna nim wszyscy poumierają z nudów.

W nocy nie zmrużyłem oka, po pierwsze dwudziesta trzecia to nie jest pora o jakiej zwykle zasypiam, a po wtóre, potrzebuję do tego ważnego aktu ciszy niemalże absolutnej. A kiedy około północy zaczęło mi się robić błogo i pomyślałem o śnie, to akurat drugi warunek nadal pozostał niespełniony. Wszyscy uczestnicy na pewno pamiętają donośne chrapanie jednego z zawodników. Jednocześnie zazdrościłem mu z całego serca głębokiego snu i serdecznie go na tę okoliczność nienawidziłem. W końcu jedyna słuszna decyzja, zakładam czołówkę na głowę i zamiast oddać się Morfeuszowi albo jego żonie, książka w rękę i oddaję się Elenie Ferrante. Stres przedstartowy trochę mniejszy, ale nadal oscylował on pomiędzy: „o, ja pierdolę, na co ja się porywam?”, a „dobra, dziesięć miesięcy ciężkiej orki, jestem gotowy, bo jak nie ja, to kto, dawać mi tego GWiNTa!”. Jakaś odmiana choroby dwubiegunowej. Uprzedzając fakty, dodam, że ostatecznie wygrała opcja druga, choć podlana solidną porcją wątpliwości.

Ultra-Cross-Gwint-110km-start-Wolsztyn4
Na mojej twarzy znać nieprzespane noce
Dawaj, łobuzie, tego GWiNTa! Fot. Fotki.Net.pl

Po północy hala powoli zaczęła się budzić, w czym niemały udział miał Ultras Chrapiący. Ablucje, strój startowy, sprzęt (trzydzieści siedem razy sprawdzałem, czy mam na stanie całe wyposażenie obowiązkowe, będąc jednocześnie świadom, że nikt tego sprawdzać nie będzie).  Witam się z Dagmarą, z którą nie znamy się dobrze nawet z widzenia.

Ultra-Cross-Gwint-110km-start-Wolsztyn2.jpg
Pełna koncentracja Fot. Fotki.Net.pl

Autobus, który wiózł nas do Wolsztyna na start, nie był wesoły, a raczej panowała w nim atmosfera skupienia i niepewności, a Dagmara ładnie śpiewa. Szybko poszło, myślę sobie, słuchając „The Final Countdown” Europe, na przemian z „Fight Until We Die” Manowar, jeszcze niedawno był lipiec, spontaniczna decyzja podjęta na długim, niedzielnym wybieganiu, a tu już numer startowy na piersiach (a raczej w ich okolicach) i godzina do startu. Najważniejszego w tym roku, a być może najważniejszego w życiu. Jak wiele się zmieniło przez ten rok, myślę sobie, zbyt wiele, za szybko, niespodziewanie i, kurwa, niepotrzebnie.

Ostatnie minuty. Maksymalne skupienie nie pozwala mi myśleć o niczym, nawet o tym, że mój najdłuższy dystans przebiegnięty w życiu to 50 km, a na zawodach tylko maraton, i to ledwie trzy razy. Sprawdzam po raz kolejny bukłak, czołówkę, czy żele zabrałem, sznurowadła poprawiam, gacie, spodenki, skarpetki i tak, kurwa, do zajebania, a właściwie aż do startu.

Ultra-Cross-Gwint-110km-start-Wolsztyn.jpg
Na starcie z Aleksandrem, z którym przyjdzie mi na trasie spędzić długie kilometry (ale jeszcze o tym nie wiem). Fot. Fotki.Net.pl

Godzina 3:01. Krótkie odliczanie i poszli. A ja zostałem, takie mam wrażenie i że zaraz autobus (czy coś) z napisem „Koniec wyścigu” kopnie mnie w dupę i zaprosi do środka. Czołówka zaproponowała szaleńcze tempo, rozumiem, że lepiej po pierwszym kilometrze mieć dwie minuty przewagi nad resztą stawki. Albo i nie. Ja uznałem, że jednak nie. Husaria, kurwa, i Żołnierze Wyklęci. „Ja z synowcem na czele i – jakoś to będzie!”, nie będzie, nawet ja to wiem, reszta pewnie też, ale wolą się oszukiwać, że jednak będzie.

Pierwsze drobne górki, pierwsza selekcja, a i pewnie dramaty. Powoli przesuwam się do przodu, a Dagmara, doświadczona ultraska, dba o mnie jak matka najlepsza:

– Krzysztof, jesteś?

– Jestem, jestem…

– To dobrze.

Ultra-Cross-Gwint-110km-start-Wolsztyn3
Z Justyną i Dagmarą przed startem. Fot. Fotki.Net.pl

I tak do pierwszego punktu kontrolnego, a jest pięknie. Wspinam się na podbieg, na jego szczycie odwracam się i widzę światełka czołówek po horyzont, czyli jednak nie jestem ostatni. I w dół, i w górę, i piasek. I jeszcze dwa razy muszę za potrzebą, a kiedy w czasie oddawaniu się tej przyjemnej czynności, oświetlam swoje ramię, to widzę, że komary urządziły sobie na nim krwawe łowy. A ja na punkcie łowię dwa kubki coli, trochę kabanosów w kieszeń i pół banana, i w ciągu najbliższych kilometrów wyprzedzam cały ten Wyklęty Peleton. I zostaję sam. I jest jeszcze piękniej. Trasa oznaczona perfekcyjnie, światło czołówki wyłapuje odblaskowe taśmy. Tylko biec, nie zastanawiając się, czy to ścieżka, czy droga, czy po prostu puścili nas po ściółce leśnej między drzewami. Jest wykurwiście, i za szybko, ale o tym jeszcze nie wiem, a może przeczuwam, że jest, ale na pewno nie zdaję sobie sprawy, że rachunek, który Ponury Żniwiarz wręczy mi na siedemdziesiątym kilometrze będzie tak wysoki.

Biegnę na granicy euforii. Nie zwracam uwagi na dystans, że to dopiero jedna trzecia całości, a mijany krajobraz zlewa się w jedną plamę, pozbawioną konturów. Czasem na horyzoncie pojawia się biegacz, ale szybko znika za kolejnym zakrętem albo wśród bujnej roślinności, czy za niewielkim wzgórzem. W końcu doganiam jednego, szybkie spojrzenie na numer: czerwony kolor oznacza, że biegnie na sto mil.

– Powodzenia – mówię, mijając go, choć mam ochotę dodać również „przyjemności”, ale kątem oka widzę, że wygląda na zdruzgotanego i wyczerpanego, przebiegł przecież pięćdziesiąt kilometrów więcej ode mnie i pewnie musi go drażnić moja świeżość, twarz pozbawiona emocji i znacznie szybsze tempo w jakim połykam dystans.

– Jesteś szósty – słyszę w odpowiedzi. Nie udaję zaskoczenia, bo mimo wszystko nie przyjechałem tu ani zamykać stawki, ani bawić się w to, kto będzie pierwszy na dziesiątym kilometrze. W głowie powtarzam swój plan, czyli: cierpliwie jak Azjata, i ostrożnie, tak jak rozmnażają się jeże. I tak go namiętnie powtarzam, że po dwustu metrach słyszę:

– Ej, kolego!

Okazało się, że pominąłem ważny zakręt. Cofam się te kilkaset metrów, dziękuję za pomoc, on mityguje mnie spojrzeniem, kajam się pokornie. Od tego momentu staram się pilnować taśm, częściej spoglądać na Garmina i wypatrywać tabliczek ze strzałkami. I tak się na tym skupiam, że kilka kilometrów później ponownie ratuje mnie kolejny wyprzedzony stumilowiec. Dziękuję za pomoc, on mityguje mnie spojrzeniem, kajam się pokornie…

A tempo narzucam szaleńcze, choć wtedy wydawało mi się odpowiednie i obiecujące na przyszłość. Dziesięć kilometrów pomiędzy 27 a 37 km przebiegnięte w 56 minut. Ponury Żniwiarz z uznaniem kiwa głową, a za moimi plecami uśmiecha się zapewne złośliwie i zaciera ręce.

Miedzichowo, 38 km, punkt kontrolny. Jak dotąd najlepszy, bo z domowymi wypiekami. Kilka kubków coli, banan i kabanosy w kieszeń, kilka krakersów na drogę. Siedzący w wozie strażacy życzą mi powodzenia, jestem tak zaskoczony, że kogokolwiek obchodzi nasz wysiłek, że nie mówię nawet: dziękuję. Sorry, chłopaki.

Za Miedzichowem jest jak w „Starej baśni”:

Naokół oprócz noclegowiska śladu człowieka nie dostrzegło oko, bór, jak go stworzył Bóg, ku niebu wyrosły bujno, pnie grube jak słupy proste, oschłe gałęzie od dołu, u góry w zielone wieńce ubrane.

Albo:

Gdzieniegdzie zwalona burzą kłoda, na pół przegniła, pół z kory opadła, pogięte od wichru wyrostki i poschłe od zgrzybiałości…

Czytanie tego boli bardziej niż bieg. A Rudnicki dodaje: „Człowiek, kiedy to czyta, nie może uwierzyć, że alfabet ma tylko dwadzieścia cztery litery!”

I jeszcze słynna drabinko–kładka nad Czarną Wodą.

czarna-woda
Fot. Sławek Marczewski – https://www.youtube.com/watch?v=hlenOVg1cSw

I na zmianę piasek, torf, błoto, wysoka trawa, ściółka, piasek, błoto…

Przebiegając nad Autostradą Wolności, na wiadukcie mijam kolejnego zawodnika.

– Jesteś piąty – mówi na skraju rozpaczy, bo nosi niebieski numer, czyli startuje na 110 km.

– Powodzenia – odpowiadam i ponownie gryzę się w język, żeby nie dodać „przyjemności”.

Rozmawiam z ojcem. „Jest dobrze, tata, biegniemy sobie, bo jesteś ze mną, nie? Jesteś. Jest dobrze. Prawie połowa za nami. Jeszcze trochę. Jest zajebiście, może powoli zaczyna mnie wszystko boleć, ale wytrzymam. Obiecałem ci. Będzie dobrze.”

DSC_9945
Okolice 50 kilometra – pełna euforia i świeżość w kroku Fot. Marta Kulej

Kilka kilometrów przed Nowym Tomyślem Garmin sygnalizuje: poza kursem. Szukam wzrokiem taśmy, cofam się, kolejna próba, nadal: poza kursem. Spotykam Aleksandra, z którym przyjdzie mi spędzić na trasie długie kilometry. Razem szukamy oznaczeń, bez powodzenia, dobiega kolejna dwójka, w końcu odnajdujemy ścieżkę w krzakach. I tak na moment z pozycji piątej spadam na ósmą, ale jakoś to do mnie nie dociera, przynajmniej nie wtedy, bo pojawia się coś, czego bałem się najbardziej, czyli obojętność. Byle do Nowego Tomyśla, będzie przepak, zjem coś ciepłego, odpocznę chwilę i do przodu, na drugie 55 kilometrów.

Na przepaku cudowna atmosfera. Zmieniam buffa, koszulkę, wciskam na czoło okulary, zostawiam czołówkę. „Niech pan je, ja panu zamknę bukłak”, tracę cenne sekundy nim ten prosty w sumie komunikat potrafię zrozumieć. Makaron wygląda co prawda jakby przebiegł co najmniej tyle co ja, ale smakuje znakomicie. Jeszcze kubek coli na drogę, kilka krakersów, kabanosy i dziękując wszystkim za pomoc, powoli, marszem ruszam na drugą połowę.

Za Nowym Tomyślem nuda i brak akcji. Żadnej kury, krowy, o drodze na Ostrołękę nie wspominając. Straszny odcinek, a mnie dopada kryzys, staram się biec, ale jest coraz ciężej, coraz częściej myślę o tym, żeby przejść do marszu. Jeszcze dwieście metrów biegu, potem odpoczniesz, oszukuję się, ale po dwustu metrach nadal mam siłę, żeby kontynuować bieg. No to biegnę. I tak to mija, a jest powoli dokładnie tak, jak to opisał ubiegłoroczny zwycięzca – Marcin Szczukiewicz, przypominając stary dowcip o tym, co to jest opera, a zatem opera to jest takie coś, co zaczyna się o ósmej, a kiedy dwie godziny później patrzysz na zegarek, jest dwudziesta piętnaście. Tak mijają kilometry na setce albo jeszcze wolniej. Bo zaczyna boleć cię wszystko, uda najbardziej, coś w biodrze, co boli cię od kilku lat, ale kto by się tym przejmował, przecież trzeba trenować, nakurwiać na zawodach i po nich też. Patrzysz na Garmina, o, cudownie, właśnie przebiegłeś czterysta metrów, co zajęło ci tydzień, frenetyczne oklaski, proszę!

Dzwonię do Magdy, która szykuje się do startu w Mini Gwincie 55 km. Jestem niemiły, nieuprzejmy, jestem wrednym skurwysynem i Bad Motherfuckerem też. Tyle pamiętam z całej rozmowy, może jeszcze to, że cierpliwie mi tłumaczy, że ten siedemdziesiąty kilometr jest najgorszy, jak w biegu na dziesięć kilometrów – siódmy. Nie wierzę jej, przede mną jeszcze maraton. Kurwa! Jak mnie wszystko boli! Nadal biegnę, a Ponury Żniwiarz wysublimowanymi ruchami ostrzy kosę…

Ultra-Cross-Gwint-110km-start-Wąsowo2
Wąsowo, 73 km. Fot. Marek Dorosz

Wąsowo, 73 km, punkt kontrolny, odżywczy, whatever…

– Co ci podać? – pyta wolontariusz z KB Maniac, mam wrażenie, że mijamy się czasem w czasie treningów nad Maltą, ale równie dobrze mógł mnie o to pytać George Clooney albo Charlize Theron. Nie, to bym zapamiętał. Chyba.

– Chleb ze smalcem i smażoną kiełbasę.

– Tego akurat nie mamy – odpowiada.

– Kurwa…

Bo o tym chlebie i tej kiełbasie myślałem przez ostatnich kilkanaście kilometrów, bo gdzieś przeczytałem, że był w zeszłym roku na jednym z punktów. Bo chcę zjeść coś konkretnego. Bo banany może i zawierają węglowodany, są łatwo przyswajalne, ale trudno oskarżyć je o nadmiar walorów smakowych. A te żele? Otworzyć, połknąć, zapomnieć. A ja mam ochotę na feerie smaków, a nie tylko coś mdłego, na zmianę z obślizgłym. Nie mogę już patrzeć na colę, wypijam izotonik, rezygnuję z banana, krakersy i kabanosy, tylko to jestem w stanie przełknąć.

Ultra-Cross-Gwint-110km-start-Wąsowo
A gdzie chleb ze smalcem i smażona kiełbasa? Fot. Marek Dorosz

Ładny ten pałac, myślę, przegryzając ten widok kolejnym kawałkiem kabanosa. Ale z tym zwalonym drzewem, przecinającym trasę, to trochę przesadzili. Normalnie nie zastanawiałbym się, tylko po prostu je przeskoczył, ale teraz czuję, że moje uda eksplodują nim zdążę się dobrze wybić. I pokonuję to drzewo jak trzylatek, jedna noga, tyłek, druga noga, oddech i niemal spadam na drugą stronę. A to nie koniec atrakcji. Kilkaset metrów dalej rów z wodą. I ja mam nad nim przeskoczyć. No Fucking Way. Odbijam kilka metrów w prawo i widzę, że da się ten rów przejść suchą stopą. Jakaś grobla ratuje mi życie i oszczędza ból w czworogłowych, którego nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić.

Kilometr wzdłuż autostrady A2. Trawa do kolan, mam ochotę się w niej położyć i już nigdy nie wstać, wyszło słońce zza chmur, idealna pogoda na majówkę, a nie na bieganie. No to decyduj się, kgb. Albo walczysz, albo idziesz pod tego tira na A2. MASZERUJ ALBO GIŃ! Pod tira zawsze się zdąży, nie? To MASZERUJ. Tylko nie licz! Ale liczę. 10 km w tempie marszowym 10:00/km, to godzina czterdzieści. Nie, mam dosyć, bo to oznacza, że do Grodziska, na metę dotrę w przyszłą środę. Galloway? Chyba czas najwyższy. 200/200, 300/100, 100/100, jakkolwiek byle do przodu. Czasem trafi się nawet 1,5 kilometra biegu, a wówczas siedząca pod drzewem Chodakowska krzyczy: „Brawo! Jestem z ciebie dumna!”. A ja nic nie czuję, nic nie wiem, i tylko jedna myśl w głowie, kiedy, kurwa, ten koszmar się skończy. A tymczasem zbieram wszystkie siły, żeby choć dwieście metrów, chociaż sto… Dogania mnie Aleksander, albo ja go doganiam, albo jest to ten moment, kiedy to po pokonaniu niewielkiego podbiegu, ja natrafiam na trzech zawodników z niebieskimi numerami. Nie pamiętam, nie jestem w stanie tego odtworzyć, wszystko mi się miesza, każdy fragment wygląda tak samo, mam wrażenie, że kręcę się w kółko.

Ultra-Cross-Gwint-Dla-Taty
Najważniejsze zdjęcie… Fot. Marek Dorosz

Muzyka, może to ona mnie uratuje, przecież zawsze działała na długich wybieganiach, tych samotnych czterdziestkach i trzydziestkach, ale teraz odmawia współpracy, przelatuje przeze mnie jak te żele. Nic nie działa, ani motywujące i zagrzewające zazwyczaj do walki „umcyk–umcyk”, ani piosenki o miłości, wyciskające łzy („Piosenki o miłości są takie banalne/Ale to jak go rzuciłaś było banalne bardziej”).

Dogania mnie Aleksander albo ja go doganiam. Pytam go, czy tęsknił albo przyznaję, że tęskniłem. Ten schemat powtórzy się jeszcze kilkanaście razy, aż do, chciałoby się napisać, ostatecznego rozwiązania. Wolę biec, bo nie jestem w stanie iść tak szybko, jak ty, mówi. Wyprzedza mnie na kilkaset metrów, potem ja się zbieram do biegu, doganiam go, mówię, że tęskniłem i tak dalej.

Przedostatni punkt odżywczy, Porażyn, 88 km. Byłem na nim, tego jestem pewien. Pytam o chleb ze smalcem i smażoną kiełbasę, ale wolontariusz nie ma dla mnie dobrych wiadomości, czyli znowu ten sam rytuał: izotonik, krakersy, kabanosy i ruszam.

Ostatni punkt, Lasówki, 98 km. Wybaczcie utarty schemat, ale tak właśnie się to odbywa, od punktu do punktu. Tradycyjne pytanie o chleb ze smalcem, ponownie znana mi już odpowiedź. Siadam na krześle i znowu: izotonik, kabanosy, krakersy.

– Jeśli wyglądam, tak jak ty, to jest naprawdę źle – mówi Aleksander.

– Wyglądasz jeszcze gorzej – odpowiadam, Wujek Cięta Riposta wiecznie żywy, nawet na setnym kilometrze.

– No, chłopaki jeszcze tylko jedenaście kilometrów – zagrzewa nas do walki jeden z wolontariuszy, ale równie dobrze mógłby powiedzieć, że do mety jeszcze dwieście. W tym momencie to żadna różnica.

Ruszamy, początkowo marszem, w końcu Olek zaczyna biec, ale nie jestem w stanie dotrzymać mu kroku. Maszeruję albo raczej ginę. Totalna obojętność, mam wrażenie, że od trzydziestu kilometrów posuwam się w żółwim tempie, a jedynym pocieszeniem jest zdanie z jednej z wielu książek o ultra, które przeczytałem przed startem: Slow progress is still progress. Just keep moving. Myślę, że już na pewno zamykam stawkę, wszyscy musieli mnie już wyprzedzić, ale przecież poza Aleksandrem nikt mnie nie wyprzedził, pewnie biegli tak szybko, że nawet ich nie zauważyłem, tłumaczę sobie. Apatia, nie potrafię się zmobilizować do biegu, zbieram wszystkie siły, ale mózg odmawia wysłania sygnału do kończyn. Co za różnica, który będę? I tak dotrę do mety. Nawet jeśli miałbym do niej dojść, choć z tym dochodzeniem to trzeba uważać, bo taki Kaczyński 96 miesięcy dochodził i chyba nie doszedł, a jeśli nawet doszedł, to i tak nie wiadomo do czego i jeszcze złapał Kolano Prezesa.

Kończy mi się bateria w Garminie (miałem go w torbie, włączył się przypadkowo w czasie podróży, a ja ultradziewica nie sprawdziłem stanu baterii po przyjeździe do bazy zawodów; błąd debiutanta, który patrzy, ale nie widzi, dokładnie tak samo, jak z tymi strzałkami, które przegapiłem). Ma to swoją dobrą i złą stronę. Nie widzę, jak wolno biegnę, jak wolno przesuwają się te metry, ale też nie dołuje mnie pozostały dystans. W końcu upragniona tabliczka: 105 km – 5 km do mety. Czekałem na nią, wypatrywałem jej, nawet miałem obawy, że ją przegapiłem. Zbieram się znowu do Gallowaya, a Ponury Żniwiarz żegna mnie ze smutną miną: No, leć, leć, co zrobię, jak nic nie zrobię.

Oglądam się przez ramię, gdzieś na horyzoncie miga mi sylwetka Piotra, z którym biegłem marszem kilka kilometrów. Wyglądał dobrze, wyglądał na mocnego, muszę mu uciec. Zaczynam biec, początkowo wolno, ale po kilkuset metrach silnik odpala. Zaczynają się pagórki. Mocne podejście w górę i zbiegam w dół. Nie czuję bólu, nic nie czuję, byle do przodu, w górę, w dół. Za jednym z pagórków spotykam Aleksandra.

– Mam dosyć, leć – mówi.

– Tęskniłem! Powodzenia! – rzucam na pożegnanie i biegnę.

Chyba znowu jestem piąty, a może tylko przedostatni. Wybiegam z lasu, jestem już w Grodzisku albo na jego przedmieściach. Doganiam kolejnego stumilowca, ale spoglądam na jego numer. Niebieski!

– Jesteś czwarty – mówi Grzesiek.

– Chodź, jeszcze kilometr – próbuję go zachęcić, ale nie reaguje na moje słowa, a ja próbuję przetrawić to, co przed chwilą usłyszałem. Czwarty. Najgorsze miejsce dla sportowca, bo tuż za podium i w tej sytuacji to właściwie żadna różnica, czy czwarty, czy dziewiąty. Ale czwarte miejsce, to zawsze pierwsze miejsce w kategorii wiekowej.

– Ile jeszcze? – pytam dziewczynę na rowerze, która będzie mnie eskortować prawie do samej mety – DZIĘKUJĘ!

– Jeszcze trochę, zakręt w lewo na skrzyżowaniu, a potem prosto i będzie park.

Ale nie ma ani skrzyżowania, ani zakrętu, ani parku. Przebiegam na czerwonym świetle, bo boję się, że jeśli się zatrzymam, to już nie ruszę.

– Ile?

– Przez ten oflagowany mostek i tam już jest meta – wyjaśnia cierpliwie.

Faktycznie jest mostek, sto metrów przede mną, ale nie ma na nim flag. Flagi są, owszem, ale dwieście metrów dalej. Ja pierdolę, nie dam rady, nie wytrzymam, chwila marszu. Zrywam się ostatni raz, kibice na mostku, do którego w końcu dotarłem, biją mi brawo, więcej grzechów nie pamiętam, skupiony jestem na jednym, żeby wreszcie zobaczyć metę. Widzę zegar, jeszcze jakieś „brawo, brawo” od kibiców. Przekraczam metę, zrobiłem to! Jestem tak zmęczony, że nie mam siły w geście zwycięstwa podnieść w górę rąk, nie mam nawet siły poryczeć się z bólu wszystkiego (i istnienia). Ktoś zakłada mi medal na szyję, ktoś pyta, co chcę, odpowiadam, że chleb ze smalcem i smażoną kiełbasę. W ramach rekompensaty proponują izotonik, opieram się o barierkę i myślę, nie, kurwa, nigdy więcej czegoś takiego.

A kiedy pięć minut później dochodzę trochę do siebie, zmieniam zdanie: A WŁAŚCIWIE DLACZEGO NIE?

Dzisiaj wiem, że na pewno wrócę na GWiNTa.

A zatem…

Nie wiesz, jak skończyć, skończ, że to (nie)koniec.

Ultra-Cross-Gwint-110km-start-Grodzisk
Spełnienie marzeń. Do podium w OPEN zabrakło pięć i pół minuty. Fot. MIJ

Miejsce OPEN: 4, M40: 2 (ale pierwsze), czas netto: 12:48:51

 

Zapisz

Zapisz

Reklamy

2 myśli w temacie “Maszeruj albo giń – Ultra Cross Gwint 2018

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s