Still Loving You – Ultra Cross GWiNT 2019

Biorąc za wzór pierwsze zdanie „Love Story” Ericha Segala („Co można powiedzieć o dwudziestopięcioletniej dziewczynie, która umarła.”), powinienem zacząć tak: co można napisać o stukilometrowym ultra, które się – żeby nie napisać dosadniej – zawaliło? Na tym zdaniu powinienem zakończyć, zawiera ono w sobie wszystko, jest doskonałe, jest początkiem, rozwinięciem i zakończeniem. Bo poza tym zdaniem nie mam nic. Brzmi to paradoksalnie, bo jednak mowa o relacji z biegu na ponad sto kilometrów, a ja stu słów nie potrafię na jego na temat złożyć. Nie mam nic, że powtórzę, dla wzmocnienia efektu. Bo co? Przyjechałem do Nowego Tomyśla, przyjechałem, pakiet odebrałem, odebrałem, jego skład tradycyjnie pominę, spotkałem paru znajomych z zeszłego roku, spotkałem, nowe znajomości nawiązałem, nawiązałem. Mogłaby ta wyliczanka trwać w nieskończoność, ale przypomnę nieuważnym, że to nadal jest relacja z biegu, a nie spis treści podręcznika relacji interpersonalnych.

Brothers In Arms

To może zacząć od końca? Choć zakończenie już zdradziłem, zawaliłem ten bieg, od pierwszego do ostatniego kilometra. Od rana, jeszcze nim dojechałem do bazy zawodów, żołądek mi szwankował, wszyscy aż do startu pocieszali mnie, że to z nerwów, ale ja wiedziałem, że nie o nerwy chodzi, że zachodzą tam poważniejsze procesy, niezbyt przyjemne, dodam. Odzyskałem chwilową równowagę dzięki spaghetti zjedzonemu u Asi i Bartosza, ale im bliżej startu tym sytuacja stawała się, krótko mówiąc, boleśniejsza. Nie pomogła ani herbata tuż przed startem, ani szybka wizyta w toi-toiu, cały czas dziwne ssanie w żołądku, który miałem wrażenie, że ścisnął mi się w niewielką kulkę i przykleił do kręgosłupa.
Start w Grodzisku, w parku, w który umiejscowiona była zeszłoroczna meta, miejsce mojej chwały, mojego ultra debiutu, mojego miejsca tuż za podium i zwycięstwa w kategorii wiekowej. Pierwsze kilometry to droga przez mękę. Zapominam o planie taktycznym, staram się trzymać jakiekolwiek tempo, boję się wypić łyk wody, bo nie wiem, co na to żołądek, a spodziewałem się najgorszego. Po dziesięciu kilometrach przyzwyczajam się, nieśmiało zaczynam popijać, biegnę już wtedy z Leszkiem, którego poznałem w zeszłym roku i jeszcze o tym nie wiemy, ale spędzimy razem na trasie ponad sto kilometrów. Brothers In Arms albo Grumpy Old Men.

60079308_376183109657868_9111321262134657024_n
Brothers In Arms już na mecie.

Aż do Rakoniewic bawię się w pacemakera, prowadząc sporą grupę biegaczy. Nie sądzę, żeby ktokolwiek z nich długo z nami wytrwał, choć tempo niezbyt oszałamiające. Taki wolniejszy trucht, bo wraz z bólem żołądka przeszła mi ochota na walkę, chcę tylko dotrwać do mety w Nowym Tomyślu. Coraz odważniejsze te łyki wody, ale nadal robię dobrą minę do złej gry, opowiadam nieśmieszne dowcipy, które nie wywołują ani salw śmiechu, ani entuzjazmu, ani niczego, a tymczasem już pierwszy punkt kontrolny w Rakoniewicach. I wzorem roku ubiegłego cola w kubek, kabanosy i krakersy w rękę i lecimy dalej, choć tempo nadal równe, ale wolne, i zapada decyzja, że będziemy tak biec do mety, przynajmniej próbować będziemy trzymać to 6:00 z małym plusem, że doświadczenie, siwe włosy i że tacy jesteśmy sprytni. Nie jesteśmy, nie byliśmy, może jeszcze kiedyś będziemy, tempa nie utrzymamy, rozejdzie się we wszystkie strony, ale nie uprzedzajmy. Gubimy peleton, biegniemy we dwójkę, rozmowa, milczenie, dowcip (mój, niezbyt śmieszny, jak zawsze), woda, kabanos, krakers. O żelach w plecaku nawet nie myślę, a żołądek to na chwilę dochodzi do siebie, po czym odmawia dalszej współpracy. Acha, jeszcze zgodnie, jak na komendę, sikamy w krzakach. Taki urok ultra, kto był, ten wie.

Twarda mina

I cały czas łudzimy się, że jest dobrze, że tempo optymalne, że doświadczenie (haha!), że ten bieg zacznie się na czterdziestym kilometrze. Nie, on już się dla nas skończył, ale twarda mina na ultra to podstawa sukcesu, tak jak równie twardy czerep, przydadzą się również mocne nogi, ale bez przesady. Drugi punkt kontrolny w Głodnie był, na pewno, ale ani żadnego wspomnienia (poza utartym schematem żywieniowym – cola, kabanosy, krakersy), ani żadnej refleksji, a na liczniku już 36 km, jedna trzecia, jakby nie liczyć, kryzys mały był chwilę wcześniej, ale nawet nie przyznałem się do niego Leszkowi, a on nie przyznał się mnie, ale to wyjaśnimy sobie za kilkadziesiąt kilometrów. Biegniemy, odliczając dystans do przepaku, ustalamy, że zatrzymujemy się na dziesięć minut, bo cóż tam dłużej robić? Robimy rachunek sumienia, co na przepaku, że zmienić buffa, może koszulkę, zostawić rękawiczki i że pora na izotonik do bukłaka, bo tej wody to już dłużej nie zniosę. A żołądek jak Wańka–Wstańka, co odpuści, to po chwili odda ze zdwojoną siłą. Twarda mina ma wielką przyszłość, mówię wam.

Przepak, no to raz, raz. I siedzimy na tym przepysznym kremem pomidorowym pełni nadziei, teraz, kurwa, my! Bo jeśli nie my, to kto? Żołądek z zadowoleniem przyjmuje zupę, a ja czekoladę, i dwa kilo krakersów i kabanosów. Cola też niezła. Lecimy. Sikamy, jak na komendę, wiadomo. Ten odcinek znamy, biegliśmy go w zeszłym roku, to na nim się poznaliśmy, choć spędziliśmy razem raptem kilka minut. I oboje mamy świadomość, że im dalej, tym trudniej, że po sześćdziesiątym kilometrze zaczną się te liczne podbiegi, niezbyt długie, ale strome, te, które przeleciałem w zeszłym roku na pełnym entuzjazmie, jaki cechuje naiwność debiutanta. Wtedy wygrałem, teraz pora na porażkę, coraz bardziej jesteśmy jej świadomi, choć żaden z nas nie chce tego wyartykułować na głos. Pierwszy podbieg, zaraz za nim drugi, trzeci, czwarty, ciągną się po horyzont. Przesadzam, to oczywiste, ale… Dwie myśli. Pierwsza, w zeszłym roku biegliśmy ten odcinek w nocy, a jak wiadomo nocą każdy kot jest czarny, a podbieg niewielki. Druga, bo przecież w tym terenie będzie rozegrany Mini GWiNT, a w nim wystartują moje dwie zawodniczki: Ania i Magda. Ostrzegałem je przed tymi podbiegami, że tu się cała zabawa zacznie, więc lepiej do tego momentu oszczędnie, żeby nie powiedzieć – ostrożnie. A tymczasem, to co widzę, a czego nie widziałem w zeszłym roku, to nagromadzenie tych podbiegów. W górę, w dół, w górę, w dół… I mówię do Leszka: „One mnie zabiją!”, bo przecież nie ostrzegłem ich, że te podbiegi to aż takie, ja myślałem, że kilka, że takie, ech, no trochę w górę, ale nic specjalnego, a tymczasem cierpimy razem, choć Leszek twierdzi, że ja na nich fruwam. Twarda mina robi różnicę, mówiłem, nie?

Czasem ktoś do nas dołączy, częściej ktoś nas wyprzedzi, z rzadka my kogoś. Jakiegoś zmarnowanego stumilowca, który, „ja chłopaki z wami”, ale daje radę raptem kilkaset metrów, zwalnia, przechodzi do marszu, a my coraz bardziej oddalamy się od założonego tempa, powoli zaczynamy trzymać się podstawowej zasady na setce, czyli byle do przodu. Czołgaj się, maszeruj, ale napieraj. Na punkcie z Kuźnicy Zbąskiej dowiadujemy się, że zajmujemy 17 i 18 pozycję, co pewnie podcina nam skrzydła (mi bardzo!), ale przecież jeszcze tylko czterdzieści kilometrów, co może pójść nie tak, skoro wszystko już poszło źle? Wszystko jest do dupy, biegniemy osiemset metrów, potem dwieście marszu, podbieg, w dół, bieg, marsz, kabanos, krakers. Żadnych większych kryzysów, poza tym, że każdy zbieg rozrywa mięśnie czworogłowe, na (haha!) czworo.

Chleb ze smalcem

O, Jastrzębsko. Co oznacza, że to kolejny punkt i że tu mniej więcej kończą się te upierdliwe podbiegi, a na punkcie czeka Bartosz, szepcze do mnie konspiracyjnie: „Mam coś dla ciebie” i podaje mi plastikowe pudełko, a w nim… chleb ze smalcem, o którym marzyłem w zeszłym roku, o którym wspominałem, będąc u Asi i Bartosza na kolacji, a oni po prostu spełnili moje ultra marzenie! Jesteście najlepsi! Jem kawałek, resztę chowam do plecaka, jeszcze tylko zdjęcie (tak, ten grymas na mojej twarzy, to wyraz wręcz ekstatycznego zadowolenia, na osiemdziesiątym kilometrze ciężko coś więcej z siebie wycisnąć).

59857133_890666701275367_631074963733872640_n

I to mniej więcej od tego miejsca Leszek zaczyna mnie namawiać, żebyśmy się rozdzielili, że niby mocniejszy jestem, a on mnie tylko spowalnia. Mówię, dobra, dobra, bo niespecjalnie chce mi się walczyć o 13 miejsce w OPEN i 6 w kategorii, a poza tym, aż taki mocny nie jestem ani nie byłem. Toczymy się więc wspólnie od punktu do punktu, w Miedzichowie paszcza mi się śmieje na widok domowego placka, który pochłaniam w ilościach przemysłowych, bo nie jestem w stanie już patrzeć ani na kabanosy, ani na krakersy, a żele nadal leżą sobie nietknięte w plecaku. W końcu męska decyzja – rozdzielamy się za Bobrówką, przez którą w tym roku przeprawa nie stanowiła większego problemu, była pozbawiona ryzyka, bo członkowie NKB Chyży idealnie ją przygotowali. No, to cześć, powodzenia, do zobaczenia na mecie, żegnamy się z Leszkiem, gdzieś w okolicach setnego kilometra. Szybko zaczynam doceniać jego towarzystwo, bo mimo ładnych okoliczności przyrody, to odezwać się nie ma do kogo, nikt nie wysłucha nieśmiesznego dowcipu, smutek i nostalgia. Zbliżam się do mety, próbuję podsumować ten bieg, ale wiem, że na to za wcześnie. Wiem też, że tak po prostu bywa. Raz na wozie, raz pod wozem, a raz kozie śmierć. I tego chyba zabrakło. Ryzyka. Tej odrobiny szaleństwa, na którą było mnie stać w zeszłym roku, a która wraz z odrobiną szczęścia przełożyła się na miejsce, będące poza zasięgiem moich marzeń. Dobra, wystarczy, wracamy na trasę. Już Nowy Tomyśl, ostatnie zakręty, wpadam na Rynek, przekraczam metę, zbieram (nie)zasłużone gratulacje, dostaję medal, a od Moniki piwo.

W stosunku do zeszłego roku poprawiłem się o 12 minut… Klęska. 15 w OPEN, 8 miejsce w M40. Bez komentarza.

60341234_604776590023935_5633522033078829056_n
Przedostatnia prosta.

Sprawdzamy, jak idzie dziewczynom: Magda jest druga w OPEN, czyli zgodnie z planem, a Ania druga w kategorii, czyli jeszcze bardziej zgodnie. Kilkanaście minut później przybiega Leszek, na gorąco wymieniamy uwagi, ale chyba nie dochodzimy do żadnych konstruktywnych wniosków, z drugiej strony, nie mają one już żadnego znaczenia, najważniejsze, że dobrze się przez te sto kilometrów wspólnie bawiliśmy. A o to przecież tak naprawdę chodzi w tym całym ultra.

59900018_2305154139527688_8970832976371777536_o
Na mecie z Anią. (7 w OPEN, 2 miejsce w K30). Trochę krzywy ten trener, ale bardzo dobry, a już na pewno lepszy niż zawodnik.

Na mecie pojawiają się dziewczyny, dekoracje, zdjęcia, chleb ze smalcem, piwo, prosecco i inne atrakcje. I myśl, że za rok znowu pojawię się na starcie, bo nadal kocham cię, Gwincie, choć z czasem coraz trudniejsze to uczucie… Ale wrócę, obiecuję!

60159702_360659514649511_4508470369392263168_n
Dziewczyny spisały się na medal, a te puchary im się po prostu należały! :–) Tak, wiem, miały być trzy, ale nie zawsze może być Dzień Dziecka.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Maszeruj albo giń – Ultra Cross Gwint 2018

„Nie wiesz, jak zacząć, zacznij, że zaczynasz”, radzi pisarz Janusz Rudnicki. Na przykład – „Na początku mego listu…”. Na początku mojej relacji powinienem umieścić podróż pociągiem z Poznania do Grodziska, w fotelu funkcjonalnością i wygodą przypominającym narzędzie tortur. Ale przeżyłem tę godzinę, ten nudny krajobraz, pola ciągnące się po horyzont, smętne miasteczka i wsie, współpasażerów umęczonych robotą, wracających z metropolii na swoją ojcowiznę, której ani uprawiać nie chcą, ani nawet nigdy nie chcieli. A może ojcowizna już sprzedana pod obwodnicę albo Autostradę Wolności, co, musicie przyznać, z pewnością jest jakimś postępem cywilizacyjnym.

Ale to nie jest początek tej historii. Parafrazując klasyka: „inne początki są w niej czynne”. O czym może później.

Pakiet odebrałem, obóz w hali rozbiłem, rozmowy z innymi uczestnikami odbyłem, wszyscy patrzyli na siebie trochę jak bokserzy przed walką, a może mi się tylko zdawało. Biedronka w Grodzisku wyglądała jak po najeździe Hunów, nawet bananów nie było, pizza w Pepino dobra, przy okazji pozdrawiam panią kelnerkę, tyleż ładną, co niemiłą. Powrót na halę, większość już śpi albo do snu się szykuje, poza tymi, którzy dopiero dojechali i teraz pokonują tę samą drogę, którą ja mam już za sobą. To tak w telegraficznym skrócie, może dzięki niemu dotrę do sedna nim wszyscy poumierają z nudów.

Czytaj dalej „Maszeruj albo giń – Ultra Cross Gwint 2018”

IV. Luboński Bieg Niepodległości, czyli lekcja muzyki

Czas: wtedy, kiedy jeszcze niezbyt zdolni uczniowie zamiast trywialnej jedynki dostawali dumną dwóję. Miejsce akcji: szkoła podstawowa, klasa druga, lekcja muzyki. Osoby dramatu: nauczycielka muzyki, sroga, wygląda na starą pannę, a nie jest, uczniowie, różni, zdolni i ci mniej. Nauczycielka: Nowak! Hymn Polski! Nowak zaczyna recytować, choć raczej powinien śpiewać, nie? Jeszcze Polska nie zginęła, póki… Siadaj, dwa!, przerywa brutalnie nauczycielka, następny!, ryczy jak kapo na apelu, wstaje następny, Niedziela się nazywa, zaczyna: Jeszcze Polska nie zginęła, póki… Siadaj, dwa!, ryczy stara panna, którą nie jest. I tak pół klasy wycięte jak choinki przed świętami.

Tośmy powspominali, to znaczy ja, bo wy tu siedzicie prawie jak ja wtedy na tej lekcji. Teraz uważać, dzieci, przeskok będzie. Trzydzieści lat jak z bicza strzelił, swoją drogą debilnie to brzmi. I już lekcja bardziej wuefu choć i muzyki. 11 listopada, Bieg Niepodległości, Luboń, czas i miejsce akcji podaję, zanotować, zapamiętać, zdać, zapić. Przed biegiem komenda: do hymnu! Taki ze mnie patriota, że nie wiem nawet, czy „póki” śpiewać, czy „kiedy”. Męska decyzja, nie śpiewam, nic się nie nauczyłem w tej szkole, stwierdzam, za to teraz dowiaduję się, że Mazurek Dąbrowskiego ma aż cztery zwrotki, i refreny też cztery, to znaczy jeden, ale cztery razy, nigdy bym nie przypuszczał, zaczerwieniam się, boję trochę, że mnie, kurwa, aresztują jeszcze, do lochu z nim, hymnu nie zna, se, kurwa, nie pobiega, widzę oczami wyobraźni. Strzał i po mnie, ale okazuje się, że to nie do mnie, nie wyrok, start, starter strzelił, ogary poszły w las, a my w Luboń.

Po stu metrach nagle stop, jak stop, jak start dopiero? Wpadam na kogoś, ktoś na mnie. Z gracją wymijajmy sprawcę zamieszania, tego stopu przymusowego, znaczy. To samochód, tzw. pilot biegu z zegarem na dachu, rozłożył się jak dąb albo jak dziwka na łóżku. Lecimy. Prosta, zakręt, prosta, zakręt i tak dalej. Strzelają flesze, grupka biegaczy robi sobie zdjęcie w biegu, samojebkę, musimy poprawić, bo Marek się nie załapał, pokrzykuje dowódca brygady. Wyprzedzam ich, jeszcze tylko dwa uderzenia drzewcem od flagi, to pewnie za ten hymn nieznany przeze mnie i pierwszy kilometr za mną.

Czytaj dalej „IV. Luboński Bieg Niepodległości, czyli lekcja muzyki”

15. Poznań Maraton – relacja

…czyli „nie miało boleć aż tak”.

Siedzę i siedzę, a powinno być, że biegnę i biegnę, makulatury literackiej wyprodukowałem tonę albo i dwie, wiadomo od dawna, że papier zniesie wszystko, choć należy dodać zgodnie z duchem czasów, że monitor komputera zniesie znacznie więcej. No i znosi moją nieporadną składnię, ubogie słownictwo i styl ciężki jak krok na 40 kilometrze maratonu. To chyba wersja trzecia albo czwarta, łatwo się pogubić, dokumentów o błyskotliwym tytule „15. Poznań Maraton” mam pół komputera, a drugie pół to zdjęcia, na wszystkich biegnę, na żadnym nie siedzę. I z tych wersji, które ostatecznie sczezną na dysku, to jeden akapit mam, ostatni, ale nie uprzedzajmy.

Na starcie tradycyjnie: Ryszard Prezydent, Rydwany Ognia i Maria Pańczak. Kenijczycy w pierwszym rzędzie, nim zabrzmiał strzał już byli w połowie dystansu, szans nie dali nikomu, również tradycyjnie, choć Polacy trzymali się dzielnie, ale przecież o bieganie chodzi, a nie o trzymanie, i ja, pośród tych sześciu tysięcy. Skazańców, chciałoby się dodać, żeby dramatyzm wzmóc, ale przecież sami sobie te 42 kilometry wybraliśmy, i podejrzewam, że większość z nas zrobiła to na trzeźwo, świadomi pełni praw i obowiązków, więc raczej nie skazańcy, a wybrańcy. Biegniemy.

Pierwszy kilometr, ścisk jak w tramwaju w godzinach szczytu, ewentualnie w rannym pociągu relacji Krzyż-Poznań, znam z autopsji, zdarza mi się. Drugi kilometr, obok mnie Bosonogi Biegacz z Flagą z Małopolski zaprasza na swój siedemdziesiąty maraton. „W tym tygodniu?”, pyta ktoś błyskotliwie, a i złośliwie. Aż żałuję i zazdroszczę, że to nie ja. Trzeci kilometr, dziwne, ale ktoś leży na poboczu. A właściwie nie ktoś, a biegacz. W pewnej całodobowej stacji informacyjnej już zacierają ręce, jest trup, bo co to za maraton bez trupa. Ukraina, ebola, Państwo Islamskie – to się nie liczy, my musimy, a właściwie oni muszą, mieć swojskiego trupa, Polaka-biegacza.

Reflektor wspomnień

Czwarty kilometr, spotkanie po latach, wpadam na Kubę, przepraszam – Jakuba, bo Kubę to ja miałem w dzieciństwie pod postacią papużki falistej i chomika syryjskiego. Kilka zdawkowych zdań, z dumą oświadczam, jak to cały przedmaratoński stres pozostawiłem w małej szaro-zielonej budce. Zostawiam go, biegnie za wolno, no i boję się, że zaraz zapalimy reflektor wspomnień, a nie rozmawialiśmy dłużej jakieś 18 lat. Pełnoletnia ta nasza nieznajomość.

Piąty kilometr, zaczynam rozglądać się za punktem odżywczym, brzmi to trochę jak punkt skupu żywca. Ciepło się robi, może nie jest to lipiec w październiku, ale fachowcy powiedzą potem, że „bieg odbył się przy wysokiej wilgotności powietrza”. No dobrze, a gdzie ten punkt? Jest tuż przed stadionem, no to trzy kubki wody na siebie i na murawę. Wstyd przyznać, ale to moja pierwsza na nim wizyta, na tym nowym oczywiście, bo na starej Bułgarskiej bywałem, owszem, śpiewałem, też, że Legia nie jest fajna, a Górnik to już w ogóle. Reflektor wspomnień – wyłączamy.

Przypominam sobie o moim planie na ten bieg, o planie, w który chyba od początku nie wierzyłem, a jednak zdecydowałem się go realizować. Dwanaście godzin przed startem powiedziałem do Marii, że jeśli kolano wytrzyma, to ja zrobię resztę. A właśnie, kolano. Bolało od dwóch tygodni, a może od zawsze. Po 15 kilometrach długiego wybiegania zaczynało boleć, po dwudziestu bolało bardzo, a po 25 ból stawał się nie do zniesienia. Ból przerażał mnie bardziej niż dystans – niezłe hasło, nie? Teraz mamy kilometr ósmy, a ja zaczynam czuć lekkie kłucie z boku rzepki, a może raczej: „myślę sobie, coś mi, kurwa, rzepkę skrobie”. Nie musicie wierzyć, ale ja naprawdę ten wers wymyśliłem na trasie maratonu, dokładne miejsce też pamiętam. A na dodatek tempa nie trzymam żadnego, tych pierwszych kilka kilometrów poszarpane niczym szrapnelem.

Pisałem o stresie i jak się go elegancko pozbyłem na godzinę przed startem, pisałem. Dodam, że jeszcze przed żadnymi zawodami nie byłem tak zdenerwowany. I nie tylko to. Bałem się. Bardzo. Czekałem na ten moment ponad 720 dni, czyli około 17 300 godzin, przez ten czas, bez większego wysiłku, można przebiec około 400 maratonów. Mi wystarczył ten jeden, ten mój, ten drugi w życiu, ten 15. Poznań Maraton.

Nie czas na coming out

Miałem świadomość, że dwie nieprzepracowane zimy mogą mi się odbić czkawką, a w najgorszym wypadku nieźle mnie sponiewierać. Pamiętałem też ten marcowy dzień, kiedy wróciłem z treningu całkowicie załamany, kiedy uznałem, że kolejny sezon stracony, że maraton to ja w telewizji może kiedyś zobaczę, bo nawet nie będzie mi się z żalu chciało wyjść z domu pokibicować. I nie czas, i nie miejsce, tutaj i teraz na coming outy, zostawmy je słynniejszym i bardziej sportowo utytułowanym. Ja pozostanę przy swoim eufemizmie, że wiosną tego biegania po prostu nie czułem.

Wracamy na trasę. Wspomnień czar odsłona druga, ostatnia raczej. Spotykam M., dawną znajomą, przy której moją nieznajomość z Jakubem można z powodzeniem nazwać prawdziwą przyjaźnią. Pytam, jak leci, taki banał, jaki można wyartykułować na 15. kilometrze maratonu, jak i w kolejce do kasy w Tesco. Bezpieczny, wydawać by się mogło, ale zamiast odpowiedzi słyszę jedynie burknięcie, i to raczej mało przyjazne. Nie byłem przygotowany na takie traktowanie i, jak to się ładnie mówi, zapomniałem wtedy języka w gębie, ale teraz mogę się odgryźć. Złośliwi, czyli ja, powiedzieliby, że jak się już nie biega maratonu w 3:08, a za to wyhodowało sobie piękną skórkę pomarańczową, to już nie trzeba starym znajomym na zaczepki odpowiadać. Zemsta bywa słodka. Biegniemy dalej. A M. tego maratonu nie skończyła, zdarza się, nie?

15poznan-maraton-03

A kuku na 15. kilometrze

Czytaj dalej „15. Poznań Maraton – relacja”

pięć osiem jeden trzy*

10 dni do 15. Poznań Maraton
17 dni do 4. Samsung Półmaraton w Szamotułach
41 dni do 4. Lubońskiego Biegu Niepodległości

Strach… to może zbyt duże słowo, ale po kolei…

To nie miało prawa się już zdarzyć, myślałem, miałem nawet przekonanie graniczące z pewnością, że ten etap mam już za sobą, że zostawiłem go, tam gdzie jego miejsce, czyli w kategorii działań (a właściwie ich braku), do których już nigdy nie dopuszczę, bo taki ze mnie porządny biegacz, że tylko jakaś kontuzja, i to raczej ta z tych bardziej bolesnych, może mnie powstrzymać. O czym tak enigmatycznie piszę? O trzytygodniowej przerwie w treningach na przełomie lipca i sierpnia. Wytłumaczenia żadnego nie mam, jak i usprawiedliwienia, no może poza tym, że leń mnie dopadł, a upał dobił. Powrót był ciężki, momentami bolesny, ale wróciłem nie tylko na biegowe ścieżki, ale i do formy niejakiej, o czym za chwilę.

sierpien

Dowód przestępstwa 😉

W związku z tym plan treningowy porzuciłem po miesiącu, co prawda nadal trenowałem według jego wytycznych, ale nie traktowałem go już tak dogmatycznie, raczej jako wskazówkę. A muszę przyznać, że ten plan działał, jak tylko na dobre powróciłem do uczciwego i ciężkiego trenowania to postęp widoczny był właściwie z tygodnia na tydzień. Dobrze pamiętam, jak pod koniec sierpnia walczyłem o 7 km w tempie 4:40, a już kilka tygodni później 16 km w tymże tempie przyszło mi właściwie bez większych trudności.

Tylko ta waga… cztery kilogramy więcej niż dwa lata temu, i już się nawet pogodziłem z myślą, że w ciągu miesiąca** się do tego wyniku nawet nie zbliżę. Zauważyłem natomiast pewną, dziwną prawidłowość – mianowicie: im więcej biegam, tym waga rośnie szybciej i z niebywałą wręcz konsekwencją, natomiast trzytygodniowa przerwa w treningach spowodowała spadek wagi o ok. 1,5 kg. „Bądź tu mądry i pisz książki”, jak mawiał pewien mój kolega, muszę przyznać, że nigdy tej mądrości ludowej nie rozumiałem i nie rozumiem do dzisiaj. To tak na marginesie, a wszelkie wyjaśnienia tradycyjnie z chęcią przyjmę.

Nie muszę specjalnie grzebać w archiwum bloga, trzeba też przyznać, że jest ono nad wyraz skromne, żeby wiedzieć, że dwa lata temu, przed maratońskim debiutem, jednego byłem pewien: że na pewno ten bieg ukończę. Teraz moje bolące prawe kolano tę pewność mi odbiera, a wizja zejścia z trasy np. na 35. kilometrze nie jawi mi się jako coś niewyobrażalnego. Chucham i dmucham na to kolano, nie forsuję, odpuszczę być może nawet ostatni ciężki trening, żeby tylko wytrzymało, żeby ból był do wytrzymania.

O strachu jeszcze miało być. Być może to za duże słowo, może jest to rodzaj stresu przedstartowego, ale muszę przyznać, że ten stres jest nieco bardziej uświadomiony. Dwa lata temu wiedziałem, że będzie boleć, ale nie wiedziałem jak bardzo. A bolało bardzo. Czy to dlatego drugi maraton jest uznawany za trudniejszy, że człowiek wie, czego się spodziewać?

Skoro już o mądrościach ludowych wspominałem, to przypomniała mi się jeszcze jedna: „Kto nie ryzykuje, w Rawiczu nie siedzi”, a której rosyjska wersja brzmi: „Kto nie ryzykuje, nie pije szampana”, bo zaryzykuję w Poznaniu maksymalnie. Postaram się pobiec na wynik 3:XX:XX, tak enigmatycznie znowu, bo jeszcze sam nie wiem, a decyzję podejmę zapewne na kilka minut przed startem. A poza tym widzę, że oczekiwania blogerów bardzo często rozmijają się z rzeczywistością, więc postaram się tego błędu nie popełnić, a nawet gdybym go popełnił, to się nie przyznam, taki sprytny lisek ze mnie.

A zatem czekajcie na mecie z szampanem!

* Mój numer na 15. Poznań Maraton
** Ten wpis zacząłem kilka tygodni temu

Wpis zastępczy

Muszę przyznać, że nie wierzyłem w naszych siatkarzy. Przyznaję, że przed rozpoczęciem finałowego spotkania wynik 1:3 wziąłbym w ciemno. Wziąłbym z pocałowaniem ręki i nikłą porażkę w stosunku 2:3, choć wtedy żal i poczucie straconej szansy z pewnością górowałby nad radością ze srebrnego medalu.

siatkarze

Nie znam się na siatkówce, nie znam się w takim stopniu jak na koszykówce czy piłce nożnej, choć w tym drugim przypadku zapewne nie dysponuję wiedzą większą niż przeciętny kibic sprzed telewizora. W czasie każdej transmisji z siatkarskiego, meczu zastanawia mnie, co to znaczy, że „wystawa była zbyt wąska/szeroka” albo „dlaczego libero nie broni w strefie szóstej”. Tajemna to dla mnie wiedza, tak jak jeszcze niedawno nie potrafiłem sensownie wyjaśnić różnicy między WB1 a WB2.

Z polskimi siatkarzami miałem do niedzieli jeszcze jeden problem, a mianowicie kilka lat temu się na nich obraziłem. Na śmierć i życie, a właściwie na kompletny brak zainteresowania, streszczający się w stwierdzeniu: „Jak wygrają to dobrze, jak przegrają to dlatego, że słabi są, a właściwie w dupach im się poprzewracało od tego nadwiślańskiego siatkarskiego ptasiego mleczka”. Okoliczności mojego świętego gniewu doskonale pamiętam (mecz z Serbią, prowadzenie w setach 2-1 i w secie czwartym 21:16, ostatecznie porażka po tie-breaku), meczu jednak umiejscowić nie potrafię, z pewnością były to jakieś eliminacje do czegoś, albo tych eliminacji finał, właściwie ci biedni siatkarze, albo ciągle się do czegoś kwalifikują, albo te kwalifikacje na jakimś turnieju finalizują, ale konsekwentnie w swoim fochu trwałem aż do niedzieli.

Przyznaję, że interesowałem się rozgrywanym w naszym kraju siatkarskim mundialem, zakodowaniem się nie przejmowałem, bo z lubością kradłem Panu Filantropowi sygnał telewizyjny, może nie osobiście, ale kto chciał, ten bez kłopotu mógł w internecie wszystkie mecze obejrzeć, choć jakość transmisja odbiegała od jakości znanej jako HD. Ale śledziłem te mistrzostwa bez większego zaangażowania emocjonalnego, a kiedy Brazylijczycy rozbijali naszych (a właściwie Waszych) na początku grupowego spotkania, przez myśl przechodziło mi, że wreszcie ten cholerny siatkarski balonik pęka, jakiejś wielkiej satysfakcji nie odczuwałem, po prostu jako polski kibic do wszelkich porażek już przywykłem, ale mimo wszystko im ten balonik większy, tym huk i niesmak po jego bolesnym przekłuciu bardziej bolesny. Po Euro 2012 naszych piłkarzy nienawidzę organicznie jak podbiegów.

A teraz po wczorajszym tryumfie muszę swojego focha schować głęboko do szafy, ewentualnie zakopać w lesie, zwrócić naszym honor, choć na moją dozgonną miłość raczej liczyć nie mogą, z czym, jak myślę, doskonale sobie poradzą, skoro cały naród nosi ich na rękach. I mogę już bez świętego gniewu, ale też bez świętego spokoju, usiąść sobie niezbyt spokojnie i pomyśleć, jak, do cholery, pobiegnę ten maraton, za niecałe 20 dni.