Wpis zastępczy

Muszę przyznać, że nie wierzyłem w naszych siatkarzy. Przyznaję, że przed rozpoczęciem finałowego spotkania wynik 1:3 wziąłbym w ciemno. Wziąłbym z pocałowaniem ręki i nikłą porażkę w stosunku 2:3, choć wtedy żal i poczucie straconej szansy z pewnością górowałby nad radością ze srebrnego medalu.

siatkarze

Nie znam się na siatkówce, nie znam się w takim stopniu jak na koszykówce czy piłce nożnej, choć w tym drugim przypadku zapewne nie dysponuję wiedzą większą niż przeciętny kibic sprzed telewizora. W czasie każdej transmisji z siatkarskiego, meczu zastanawia mnie, co to znaczy, że „wystawa była zbyt wąska/szeroka” albo „dlaczego libero nie broni w strefie szóstej”. Tajemna to dla mnie wiedza, tak jak jeszcze niedawno nie potrafiłem sensownie wyjaśnić różnicy między WB1 a WB2.

Z polskimi siatkarzami miałem do niedzieli jeszcze jeden problem, a mianowicie kilka lat temu się na nich obraziłem. Na śmierć i życie, a właściwie na kompletny brak zainteresowania, streszczający się w stwierdzeniu: „Jak wygrają to dobrze, jak przegrają to dlatego, że słabi są, a właściwie w dupach im się poprzewracało od tego nadwiślańskiego siatkarskiego ptasiego mleczka”. Okoliczności mojego świętego gniewu doskonale pamiętam (mecz z Serbią, prowadzenie w setach 2-1 i w secie czwartym 21:16, ostatecznie porażka po tie-breaku), meczu jednak umiejscowić nie potrafię, z pewnością były to jakieś eliminacje do czegoś, albo tych eliminacji finał, właściwie ci biedni siatkarze, albo ciągle się do czegoś kwalifikują, albo te kwalifikacje na jakimś turnieju finalizują, ale konsekwentnie w swoim fochu trwałem aż do niedzieli.

Przyznaję, że interesowałem się rozgrywanym w naszym kraju siatkarskim mundialem, zakodowaniem się nie przejmowałem, bo z lubością kradłem Panu Filantropowi sygnał telewizyjny, może nie osobiście, ale kto chciał, ten bez kłopotu mógł w internecie wszystkie mecze obejrzeć, choć jakość transmisja odbiegała od jakości znanej jako HD. Ale śledziłem te mistrzostwa bez większego zaangażowania emocjonalnego, a kiedy Brazylijczycy rozbijali naszych (a właściwie Waszych) na początku grupowego spotkania, przez myśl przechodziło mi, że wreszcie ten cholerny siatkarski balonik pęka, jakiejś wielkiej satysfakcji nie odczuwałem, po prostu jako polski kibic do wszelkich porażek już przywykłem, ale mimo wszystko im ten balonik większy, tym huk i niesmak po jego bolesnym przekłuciu bardziej bolesny. Po Euro 2012 naszych piłkarzy nienawidzę organicznie jak podbiegów.

A teraz po wczorajszym tryumfie muszę swojego focha schować głęboko do szafy, ewentualnie zakopać w lesie, zwrócić naszym honor, choć na moją dozgonną miłość raczej liczyć nie mogą, z czym, jak myślę, doskonale sobie poradzą, skoro cały naród nosi ich na rękach. I mogę już bez świętego gniewu, ale też bez świętego spokoju, usiąść sobie niezbyt spokojnie i pomyśleć, jak, do cholery, pobiegnę ten maraton, za niecałe 20 dni.

Reklamy

Chyba mam dość…

22 września ubiegłego roku, wydawało mi się, że stoję na Mount Everest i myślałem, że jestem większym królem świata niż James Cameron, Leonid Breżniew i Karol Wielki, razem wzięci.

24 września miałem urodziny i nadal wydawało mi się, że stoję na czubku świata, a przede mną klęczy Charlize Theron.

7 października czułem się jakbym leżał pod mostem, a jacyś złomiarze okradali mnie z resztek nadziei…

W dwa tygodnie, kurwa, z mojego własnego szczytu szczytów do rynsztoka, w którym tkwię po dzień dzisiejszy.

I pomimo budzika nastawionego na 5:50, nie idę jutro biegać. Pierdolę. Czego i Wam nie życzę.

Bo koledzy są od tego

1.

Kolega ze mną zerwał znajomość. By SMS. Cytuję z pamięci, bo nie mogę telefonu znaleźć (tzn. mógłbym, ale szukać mi się nie chce): „po tym co powiedziałeś, to dziękuję za znajomość”. Chlip, chlip. A co takiego powiedziałem? To dłuższa historia. Otóż:

Kolega R. ma tendencje do picia (a kto nie ma, nie?), ale po tym piciu, a zwłaszcza w jego trakcie, ma skłonności do telefonowania. A ponieważ jestem ostatnią osobą z tzw. „towarzystwa”, która z nim rozmawia, to od jakiegoś czasu namiętnie wydzwaniał do mnie. Oczywiście ostatnio coraz rzadziej obierałem te telefony. No bo tak: ile dni z rzędu można wysłuchiwać tych samych dowcipów (np. Dlaczego Murzyni mają płaskie nosy?), ile razy można słuchać tych samych opowieści, gdzie to on nie był i czego nie robił (Anię Muchę to pewnie ze dwadzieścia razy miał, jak chciał i kiedy chciał). I tak dalej. No to w końcu mu powiedziałem: „Dzwonisz do mnie ciągle najebany i myślisz, że mi się chce twoich historii słuchać.” Itd. itd.

No to mi podziękował za znajomość. Bez żalu z mojej strony.

Continue reading „Bo koledzy są od tego”

Raz nie zawsze, dwa razy nie wciąż

…jak mówi stare przysłowie, ale znowu byłem rano biegać, i muszę przyznać że coraz bardziej mi się to podoba. Tłumy nad Maltą straszne (o ósmej rano!), jakby wszyscy przed obowiązkowym pochodem pierwszomajowym do grilla, postanowili trening odbyć.

I sąsiada w drodze powrotnej spotkałem. Tego, przez którego nie jestem najszybszym półmaratończykiem na piętrze. Kilka zdawkowych zdań na temat biegania, formy, butów, upału, jak to biegacze. I przypominam sobie naszą rozmowę sprzed roku. Sąsiada mnie zaczepia przy windzie: „I jak? Poszłeś na półmaraton. Bo ja poszłem. I powiem ci…” i tu wymienia wszystkie czasy, międzyczasy wraz z wrażeniami i uwagami. A na koniec pyta ponownie: „A ty poszłeś?”. „Nie”, odpowiadam i gryzę się w język, bo już słyszę w wyobraźni jak mówię: „nie poszłem”. Udało się. Milczenie bywa złotem.

Continue reading „Raz nie zawsze, dwa razy nie wciąż”