W czarnej urnie moich wszystkich czarnych lat

„Opowiedzieć coś?  Ależ nic  nie  wiem.  Dobrze,  więc  coś opowiem.”

„Katastrofa kolejowa” Tomasz Mann

Mam znajomego, który choćby z racji wieku, jest dużo bardziej doświadczony życiowo ode mnie, ów znajomy uraczył mnie kiedyś historią, którą na potrzeby tego bloga, przytoczę. Wybaczcie oczywiście me nieudolne próby naśladowania stylu Henry’ego Jamesa, człowiek naczyta się jego nowojorskich opowiadań, a potem zdaje mu się, że też tak umie.

Wracając do historii, znajomy mój, omal nie napisałem posiadał, miał pasierba, którego po latach usynowił lub też przejął go na zasadzie zasiedzenia. I kiedyś zwrócił się do niego z uprzejmą prośbą: „Dawid, może byś pomalował płot przy garażu”. Dawid, młodzieniec nastoletni, nie pałał entuzjazmem do otrzymanej propozycji, w końcu jednak, niechętnie, ale zgodził się podjąć trudnego zadania. Po godzinie mój znajomy wyszedł przed dom na papierosa, a korzystając z okazji, postanowił sprawdzić postępy prac malarskich. Niestety na miejscu, gdzie roboty miały mieć miejsce, powtórzenie w tym wypadku jest jak najbardziej zamierzone, znalazł tylko puszkę z farbą i inne sprzęty malarskie, jak wałki czy pędzle, po pracowniku jednak wszelki ślad zaginął, a efekty jego prac, to pokryte farbą dwa szczeble ogrodzenia. Znajomy spokojnie dostarczył swojemu organizmowi nikotyny i obowiązkowego zestawu substancji smolistych, a następnie udał się na zakrojone na szeroką skalę poszukiwania niesubordynowanego pracownika. Znalazł go w dobrym zdrowiu, a więc żadne nieszczęście go nie spotkało, w swoim pokoju, ze słuchawkami na uszach, najogólniej w świetnym nastroju. Dawid, spytał znajomy swego usynowionego pasierba, dlaczego nie pomalowałeś tego płotu do końca? Dawid zamyślił się chwilę nad odpowiedzią, po czym spokojnie odparł, bo ja tego nie czuję. Czego nie czujesz, zapytał mój znajomy, tracąc spokój, który udało mu się zyskać dzięki nikotynie. Tego malowania – nie czuję, odpowiedział młodzieniec bez cienia skrępowania, z wrodzoną sobie delikatnością, by zniewieścieniem tego nie nazwać. Kurwa, rzekł mój znajomy, marząc o kolejnym papierosie, ty nie masz tego czuć, ty masz to pomalować! Znajomy niepyszny opuścił pokój swego usynowionego pasierba, i zapewne gdyby wiedział, co to jest, to padłby na miejscu rażony apopleksją, a jak podejrzewam, Dawid spokojnie włożył na uszy słuchawki i spędził resztę dnia w pozycji zbliżonej do horyzontalnej.

Henry JamesHenry James – patron tego wpisu, którego niniejszym przepraszam za nieudolne naśladownictwo.

Continue reading „W czarnej urnie moich wszystkich czarnych lat”

Reklamy

Ferrari wśród blogów

Pogoda się zesrała (mówiąc delikatnie), zatem długi weekend skończył się trzy dni przed terminem.

Pora na jego podsumowanie.

Chuja napisałem.

W poniedziałek nie przejrzałem notatek.

We wtorek również nie przejrzałem, i pisać też nie zacząłem.

W środę podobnie.

I nie byłem dzisiaj biegać, wstałem sobie kulturalnie o 8:30, jak człowiek a nie jakiś narwany fanatyk porannego biegania. I nie pójdę biegać dzisiaj. Nie chce mi się. Spojrzałem na moje biegowe najki i stwierdziłem, że wolałbym mokasyny z frędzelkami założyć i w nich po Malcie paradować, niż ten biegowy obuw.

W niedzielę z L. długie wybieganie planujemy. 20 km. W tym jego pierdolonym tempie 6:00 min/km. W tym tempie, od którego kolana mnie bolą.

Continue reading „Ferrari wśród blogów”

Między bieganiem a pisaniem

1.

Zrobiłem dzisiaj Morning Runnera. Po raz pierwszy od dwóch lat, biegałem rano. 17 km w wolnym tempie. Bez szaleństw, bez szarpania, bez stresu. Ale też bez żadnych sensacji typu: „Boże, jeszcze 7 kilometrów!”. W okresie letnim postaram się przestawić na poranne bieganie. Kiedyś lubiłem biegać latem, nawet w południe, w pełnym słońcu i w temperaturze 30 stopni Celsjusza, ale po piątkowym umieraniu przy takiej pogodzie, pora zmienić przyzwyczajenia. Starzeję się?

2.

Pozdrawiacie innych biegaczy? Machaniem? Skinieniem? Ja pozdrawiam przede wszystkim tych, którzy biegają w bawełnianych ciuchach, mają nadwagę i najczęściej ich wyraz twarzy bardziej przypomina człowieka w agonii, niż biegacza któremu szumią pod kopułą endorfiny. Ci wyglądający zawodowo wsparcia nie potrzebują, a tym cierpiącym przyda się (chyba) każdy miły gest.

Continue reading „Między bieganiem a pisaniem”