Krajobraz przed bitwą

1.

Budzę się rano i myślę sobie: „Kuźwa, jak ja ten maraton przebiegnę?”. Podchodzę do okna i pierwsze co widzę, to wymalowana na słupie pomarańczową farbą liczba: 21. Sto metrów dalej będziemy mieć za sobą połowę dystansu.

Continue reading „Krajobraz przed bitwą”

Reklamy

Będziemy krwawić, będziemy konać

Wszyscy ci, którzy wiedzą cokolwiek o bieganiu, pytają mnie jak pobiegnę w maratonie. Odpowiadam, że nie wiem. Ci, którzy o bieganiu nie mają pojęcia na szczęście nie pytają mnie już, czy wygram. Najwidoczniej niezmiernie są rozczarowani tym, że nie wygrałem kwietniowego półmaratonu.

Bo naprawdę nie wiem, jak pobiec. Wiem natomiast jedno. 14 października nie stanę na starcie, żeby sobie ten maraton przebiec, przetruchtać, przeczłapać. Nie mam pojęcia z czym przyjdzie mi się zmierzyć. Może z bólem jakiego jeszcze w życiu nie zaznałem? Może. Może z czymś, czego wyobrazić sobie nie jestem w stanie? Może. Ale jestem gotowy, może jeszcze nie na sto procent, ale za 18 dni będę. W życiowej formie. Nie będzie mnie interesował kilkutysięczny tłum. To będzie pojedynek ‚jeden na jednego’. Ja kontra 42. kilometrowy skurwiel, który być może wezwie na pomoc swoją pierdoloną koleżankę – tzw. ścianę. I w tym pojedynku dam z siebie wszystko.  A jak to nie wystarczy, to też wezwę na pomoc koleżanki i kolegów.

Continue reading „Będziemy krwawić, będziemy konać”

Nie wiem, a wiedzieć lubię

Jedno z moich ulubionych powiedzonek to: „dwóch rzeczy nigdy nie miałem: strachu i pieniędzy”. A boję się. Tego 42. kilometrowego kurewstwa, które czeka mnie za 23 dni. Które sam sobie wybrałem, sam się do niego zgłosiłem i sam się będę musiał z nim zmierzyć. Właściwie już jestem gotowy, czuję się mocny, a pycha poprzedza upadek.

Dzisiaj nieopatrznie wszedłem na forum grupy biegnącej w Poznaniu na 3:30. I się załamałem. Te życiówki, te treningi, te wszystkie tajemnicze skróty, które jak się domyślam dotyczą mniej lub bardziej skomplikowanych jednostek treningowych. I gdzie ja z nimi? Z tą swoją nędzną życiówką w półmaratonie (1:46:30), z tymi treningami robionymi na tzw. czuja. Bez tej wiedzy tajemnej, którą pewnie posiąść można przeczytawszy jedną z książek guru Skarżyńskiego, a której czytać mi się nie chce bo nie chce zabijać w sobie tej nieomal dziecięcej, spontanicznej radości z biegania.

Continue reading „Nie wiem, a wiedzieć lubię”

A ten, kurwa, nie nasz!

Trochę nie pobiegałem w zeszłym tygodniu. Nie mam żadnych wyrzutów sumienia z tego powodu. Bo: albo mecz, albo dwa, albo mi się zaspało, albo przysnęło, albo mi się nie chciało. Tak po ludzku. Bo biegacz też człowiek, nieprawdaż?

Ale w piątek się skusiłem na poranny bieg. Bez szaleństw – dwanaście kilometrów, z przyjemnością taką jak przy słuchaniu „Dwunastu groszy”.

Continue reading „A ten, kurwa, nie nasz!”

Untitled Document

Intro

Na ten wpis czekało 1,5 miliona fanów, 638 tysięcy lajków na fejsie, co drugi Chińczyk, co trzeci czytelnik „Gazety Polskiej” i wszystkie dziewczyny z Tap Madl.

1.

Biegnę. Ciepło. Może nawet gorąco. Choć właśnie mijam biegacza ubranego w kalesony i bluzę z długim rękawem, więc zaczynam się nad sobą zastanawiać. No dobra, niech się dzieje wola nieba. Ściągam koszulkę. Na widok mojej klaty, mężczyźni uciekają. Kobiety też.

A Spielberg przylatuje, żeby mi zaproponować rolę w „Liście Schindlera 2”.

Continue reading „Untitled Document”

Bo koledzy są od tego

1.

Kolega ze mną zerwał znajomość. By SMS. Cytuję z pamięci, bo nie mogę telefonu znaleźć (tzn. mógłbym, ale szukać mi się nie chce): „po tym co powiedziałeś, to dziękuję za znajomość”. Chlip, chlip. A co takiego powiedziałem? To dłuższa historia. Otóż:

Kolega R. ma tendencje do picia (a kto nie ma, nie?), ale po tym piciu, a zwłaszcza w jego trakcie, ma skłonności do telefonowania. A ponieważ jestem ostatnią osobą z tzw. „towarzystwa”, która z nim rozmawia, to od jakiegoś czasu namiętnie wydzwaniał do mnie. Oczywiście ostatnio coraz rzadziej obierałem te telefony. No bo tak: ile dni z rzędu można wysłuchiwać tych samych dowcipów (np. Dlaczego Murzyni mają płaskie nosy?), ile razy można słuchać tych samych opowieści, gdzie to on nie był i czego nie robił (Anię Muchę to pewnie ze dwadzieścia razy miał, jak chciał i kiedy chciał). I tak dalej. No to w końcu mu powiedziałem: „Dzwonisz do mnie ciągle najebany i myślisz, że mi się chce twoich historii słuchać.” Itd. itd.

No to mi podziękował za znajomość. Bez żalu z mojej strony.

Continue reading „Bo koledzy są od tego”

Raz nie zawsze, dwa razy nie wciąż

…jak mówi stare przysłowie, ale znowu byłem rano biegać, i muszę przyznać że coraz bardziej mi się to podoba. Tłumy nad Maltą straszne (o ósmej rano!), jakby wszyscy przed obowiązkowym pochodem pierwszomajowym do grilla, postanowili trening odbyć.

I sąsiada w drodze powrotnej spotkałem. Tego, przez którego nie jestem najszybszym półmaratończykiem na piętrze. Kilka zdawkowych zdań na temat biegania, formy, butów, upału, jak to biegacze. I przypominam sobie naszą rozmowę sprzed roku. Sąsiada mnie zaczepia przy windzie: „I jak? Poszłeś na półmaraton. Bo ja poszłem. I powiem ci…” i tu wymienia wszystkie czasy, międzyczasy wraz z wrażeniami i uwagami. A na koniec pyta ponownie: „A ty poszłeś?”. „Nie”, odpowiadam i gryzę się w język, bo już słyszę w wyobraźni jak mówię: „nie poszłem”. Udało się. Milczenie bywa złotem.

Continue reading „Raz nie zawsze, dwa razy nie wciąż”