Blog roku

Znalazłem blog roku. Co ja mówię, to jest blog wszech czasów. Spróbuję swoje wrażenia spisać, choć mój stan emocjonalny może mi na to nie pozwolić.

Tegoż bloga pisze dziewczę. Dziewczę z naszej polskiej ziemi, na tejże ziemi wychowana, na niej mieszkająca i po niej biegająca. Trochę się zdziwiłem, bo treść jej bloga wygląda jakby ktoś pisał go np. po angielsku (albo w suahili), a potem wrzucał to w translatora i dopiero to wstawiał do wpisu. I to było zdziwienie numer jeden. Drugie zdziwienia czyhało kilka wpisów poniżej i omal mnie nie zabiło. Bowiem dziewczę, nie tylko pisze bloga, biega a również studiuje… I wcale nie zostanie magistrem od fikołków. Dziewczę studiuje tzw. kierunek humanistyczny. Wywnioskowałem to na podstawie tytułów książek, o których ona pisze. Bo dziewczę nie tylko biega, pisze bloga, studiuje, ona również czyta. To jest zdziwienie numer następny (trzeci?). I tu poległem na całej linii. Tu leżę i kwiczę, ale muszę swoje zrobić, czyli ten wpis dokończyć. Co też heroicznie czynię.

Continue reading „Blog roku”

Reklamy

Ferrari wśród blogów

Pogoda się zesrała (mówiąc delikatnie), zatem długi weekend skończył się trzy dni przed terminem.

Pora na jego podsumowanie.

Chuja napisałem.

W poniedziałek nie przejrzałem notatek.

We wtorek również nie przejrzałem, i pisać też nie zacząłem.

W środę podobnie.

I nie byłem dzisiaj biegać, wstałem sobie kulturalnie o 8:30, jak człowiek a nie jakiś narwany fanatyk porannego biegania. I nie pójdę biegać dzisiaj. Nie chce mi się. Spojrzałem na moje biegowe najki i stwierdziłem, że wolałbym mokasyny z frędzelkami założyć i w nich po Malcie paradować, niż ten biegowy obuw.

W niedzielę z L. długie wybieganie planujemy. 20 km. W tym jego pierdolonym tempie 6:00 min/km. W tym tempie, od którego kolana mnie bolą.

Continue reading „Ferrari wśród blogów”

Raz nie zawsze, dwa razy nie wciąż

…jak mówi stare przysłowie, ale znowu byłem rano biegać, i muszę przyznać że coraz bardziej mi się to podoba. Tłumy nad Maltą straszne (o ósmej rano!), jakby wszyscy przed obowiązkowym pochodem pierwszomajowym do grilla, postanowili trening odbyć.

I sąsiada w drodze powrotnej spotkałem. Tego, przez którego nie jestem najszybszym półmaratończykiem na piętrze. Kilka zdawkowych zdań na temat biegania, formy, butów, upału, jak to biegacze. I przypominam sobie naszą rozmowę sprzed roku. Sąsiada mnie zaczepia przy windzie: „I jak? Poszłeś na półmaraton. Bo ja poszłem. I powiem ci…” i tu wymienia wszystkie czasy, międzyczasy wraz z wrażeniami i uwagami. A na koniec pyta ponownie: „A ty poszłeś?”. „Nie”, odpowiadam i gryzę się w język, bo już słyszę w wyobraźni jak mówię: „nie poszłem”. Udało się. Milczenie bywa złotem.

Continue reading „Raz nie zawsze, dwa razy nie wciąż”