Ferrari wśród blogów

Pogoda się zesrała (mówiąc delikatnie), zatem długi weekend skończył się trzy dni przed terminem.

Pora na jego podsumowanie.

Chuja napisałem.

W poniedziałek nie przejrzałem notatek.

We wtorek również nie przejrzałem, i pisać też nie zacząłem.

W środę podobnie.

I nie byłem dzisiaj biegać, wstałem sobie kulturalnie o 8:30, jak człowiek a nie jakiś narwany fanatyk porannego biegania. I nie pójdę biegać dzisiaj. Nie chce mi się. Spojrzałem na moje biegowe najki i stwierdziłem, że wolałbym mokasyny z frędzelkami założyć i w nich po Malcie paradować, niż ten biegowy obuw.

W niedzielę z L. długie wybieganie planujemy. 20 km. W tym jego pierdolonym tempie 6:00 min/km. W tym tempie, od którego kolana mnie bolą.

Continue reading „Ferrari wśród blogów”

Reklamy

Między bieganiem a pisaniem

1.

Zrobiłem dzisiaj Morning Runnera. Po raz pierwszy od dwóch lat, biegałem rano. 17 km w wolnym tempie. Bez szaleństw, bez szarpania, bez stresu. Ale też bez żadnych sensacji typu: „Boże, jeszcze 7 kilometrów!”. W okresie letnim postaram się przestawić na poranne bieganie. Kiedyś lubiłem biegać latem, nawet w południe, w pełnym słońcu i w temperaturze 30 stopni Celsjusza, ale po piątkowym umieraniu przy takiej pogodzie, pora zmienić przyzwyczajenia. Starzeję się?

2.

Pozdrawiacie innych biegaczy? Machaniem? Skinieniem? Ja pozdrawiam przede wszystkim tych, którzy biegają w bawełnianych ciuchach, mają nadwagę i najczęściej ich wyraz twarzy bardziej przypomina człowieka w agonii, niż biegacza któremu szumią pod kopułą endorfiny. Ci wyglądający zawodowo wsparcia nie potrzebują, a tym cierpiącym przyda się (chyba) każdy miły gest.

Continue reading „Między bieganiem a pisaniem”