Plan treningowy – starcie pierwsze

Wolny mam ostatnio przewód myślowy, a właściwie blogowo-pisarski, poprzednie słowo może jest lekkim nadużyciem, ale powiedzmy, że mrugam teraz do Was porozumiewawczo, ja wiem, a Wy rozumiecie, tak to mniej więcej jest.

A zatem… Nim wpadnę o czym napisać, nim ułożę co nieco w głowie, bo najgorzej jak człowiek siada przed pustą kartką w Wordzie z równie pustą głową, nim plan się pojawi, nim stuknę w klawiaturę po raz pierwszy, to okoliczności się zmieniają i znowu muszę się położyć wygodnie na kanapie, pomyśleć, pokombinować, niewiele do głowy przychodzi, myślę sobie: może jak stuknę w klawiaturę, to się coś pojawi, ale się nie pojawia, cała misja skazana jest na niepowodzenie, samobójcza niejako.

Bowiem wpis, który planowałem miał być o tym, jak mi się nie chce (trenować do jesiennych startów), jak to ponownie tego biegania nie czuję i przede wszystkim o tym, że nawet nie chce mi się, żeby mi się zachciało. To tak w skrócie. Bo oczywiście zamierzałem ten tekst okrasić licznymi przykładami, dodać sporo wątpliwości (właściwie po co te starty, te życiówki, te wcześniejsze męczarnie) i tak dalej. Ale nim (tu ponownie wstawić fragment o rozmyślaniu, a potem o siedzeniu przed pustą wordowską kartką), to mi się zachciało. Tak po prostu, nagle i niespodziewanie. Może dlatego, że na początek lipca przypadał czas, kiedy wybrany przez siebie plan treningowy do maratonu powinienem zacząć realizować.

poznan-maraton
Po prostu lubię to zdjęcie 😉

Ale nie myślcie sobie, że już jest cudownie, wspaniale, że pełnia szczęścia, że chęci i poczucie sensu wróciło, bo problem jest nieco inny, choć, jak mi się wydaje, równie poważny. Z przykrością stwierdzam, że po zrealizowaniu czterech z pięciu treningów zaplanowanych na pierwszy tydzień planu, niemalże padłem na pysk. Dosłownie. Wczorajszy dzień to katastrofa, nie pamiętam, żebym kiedykolwiek czuł się tak źle. A jeszcze zachciało mi się deskę zrobić, ale nie byłem w stanie. I nie mam tu na myśli, tego że nie mogłem wytrzymać w tej pozycji minutę czy półtorej, ja po kilkunastu sekundach miałem ochotę położyć się na podłodze i już nie wstawać. A porywający niczym wpisy niektórych blogerów ćwierćfinał MŚ Niemcy – Francja najnormalniej w świecie przespałem.

Dzisiaj jest już lepiej, zmęczenie minęło, deski sobie zaaplikowałem, choć muszę przyznać, że jutrzejsze wolne, długie wybieganie lekko mnie przeraża. Wiem, że pobiegniemy w tempie ładnie nazywanym „konwersacyjnym”, ale mimo wszystko. To niby tylko 18 kilometrów, ale jeśli mnie pamięć nie myli, to taki dystans przebiegłem ostatnio we wrześniu. A i wspomnienie wczorajszego ostatniego kilometra WB2 w tempie ledwie 4:40 powoduje, że znowu odechciewa mi się tego całego biegania, tych życiówek, tego maratonu i innych pomniejszych startów.

Zawsze twierdziłem, że plan ma nam pomóc, a nie nas zabić, ale teraz wygląda mi to na sytuację zero-jedynkową. Albo on mnie wykończy, albo ja jego. To żart oczywiście, na dodatek wyjątkowo mało śmieszny. Bo wiem, że muszę ten plan nieco zmodyfikować, pozmieniać, powyrzucać niektóre jednostki treningowe, więcej spać. Niby wiem wszystko, a tak naprawdę nie wiem nic. Oczywiście postaram się dowiedzieć, o czym nie omieszkam Was poinformować.

A dla miłośników tabelek, analiz i innych takich, podaję link do owego planu treningowego. Jednocześnie informuję, że nie zamierzam mieścić się w podanych tam widełkach, czyli nie pobiegnę maratonu na czas 2:59-3:10, tylko wolniej. Jak bardzo wolno? Nie wiem jeszcze. Nie wiem, a wiedzieć lubię – pamiętacie?

Reklamy

Mój plan treningowy do półmaratonu

Nie zamierzam udawać, że jestem mądrzejszy niż w rzeczywistości (choć to, w dzisiejszych czasach dosyć powszechne). To co, przedstawiam poniżej to mój plan treningowy przed poznańskim półmaratonem. Może ktoś z niektórych jego założeń skorzysta, może do czegoś się to komuś przyda. A pewnie większość powie, że w ogóle się nie znam i lepiej żebym wziął się za hodowlę zwierząt futerkowych, a nie za bieganie/trenowanie.

Z planami treningowymi jest tak, że im  więcej się o nich czyta, tym człowiek bardziej skołowany chodzi, zamiast biegać. W którymś momencie trzeba zdać się albo na doświadczonego trenera, albo na własną intuicję. Biorąc oczywiście pod uwagę możliwości własnego organizmu.

I jeszcze jedno: wszelkie plany treningowe są po to, żeby je na bieżąco modyfikować. Boli kolano, źle się czujesz itd. – ODPUŚĆ! Plan ma pomóc, a nie zabić :-).

Continue reading „Mój plan treningowy do półmaratonu”