Lato Muminków, a jesień moja!

I jak to miło uruchomić edytor tekstu ze świadomością, że wreszcie człowiek będzie mógł napisać coś optymistycznego, coś, co z przyjemnością przeleje na ekran monitora, a co i u ewentualnego czytelnika nie spowoduje, lub przynajmniej nie powinno spowodować, wzrostu tendencji samobójczych. Co musicie uznać za spory postęp, bo moje ostatnie teksty, raczej skłaniały czytelników ku żyletce, niż na przykład ku klawiaturze, żeby skomentować te moje zgrabnie złożone słowa. “Zlepiam wyrazy jak dłonie super glu”, jakby, z sobie znaną lekkością, zarymował O.S.T.R.y. Choć ostatnio być może wróciła lekkość biegania, to słowa nijak ze mną współpracować nie chcą, uciekają, wracają niechętnie, kluczą, niby krążą w pobliżu, ale złapać je trudno niczym zrozumieć sukces JKM w eurowyborach.

I taka myśl się pojawiła, gdzieś na dziesiątym kilometrze jakiegoś biegu, żeby tak z grubej rury, choć pewien niezwykle językowo uzdolniony bloger pisuje „z grubej lufy”, i żeby tak jesienią trzy życiówki zrobić. W maratonie, półmaratonie i na 10 km. Oczywiście najłatwiej będzie to zrobić na dystansie 21,095 km, bo i dystans najłatwiejszy do biegania, a i moja życiówka sytuuje mnie raczej w dolnych rejonach biegowej arystokracji, żeby nie powiedzieć, że ja, z tym wynikiem dopiero do tego stanu aspiruję, a na razie w jednej grupie jestem z, wybaczcie wyrażenie, biegowym plebsem.

Continue reading „Lato Muminków, a jesień moja!”

Reklamy

Nie wiem, a wiedzieć lubię

Jedno z moich ulubionych powiedzonek to: „dwóch rzeczy nigdy nie miałem: strachu i pieniędzy”. A boję się. Tego 42. kilometrowego kurewstwa, które czeka mnie za 23 dni. Które sam sobie wybrałem, sam się do niego zgłosiłem i sam się będę musiał z nim zmierzyć. Właściwie już jestem gotowy, czuję się mocny, a pycha poprzedza upadek.

Dzisiaj nieopatrznie wszedłem na forum grupy biegnącej w Poznaniu na 3:30. I się załamałem. Te życiówki, te treningi, te wszystkie tajemnicze skróty, które jak się domyślam dotyczą mniej lub bardziej skomplikowanych jednostek treningowych. I gdzie ja z nimi? Z tą swoją nędzną życiówką w półmaratonie (1:46:30), z tymi treningami robionymi na tzw. czuja. Bez tej wiedzy tajemnej, którą pewnie posiąść można przeczytawszy jedną z książek guru Skarżyńskiego, a której czytać mi się nie chce bo nie chce zabijać w sobie tej nieomal dziecięcej, spontanicznej radości z biegania.

Continue reading „Nie wiem, a wiedzieć lubię”

Dziadzienie

Otwieram lewe oko. Podnoszę lewą nogę. Boli. Otwieram prawe oko. Podnoszę. Nogę, nie oko. Boli. Noga, nie oko.

Wstaję, „jak żółw ociężale”. Jakby mi ktoś teraz skłon kazał zrobić, to bym chyba zabił. Zdziadzienie jakieś. Spieprzaj dziadu, chciałoby się rzec, wystukać. I czuję się tak jakbym nie tylko nie miał dożyć nowego wieku emerytalnego, ale i koniec dnia dzisiejszego wydaje się celem ponad siły.

Continue reading „Dziadzienie”

Mój plan treningowy do półmaratonu

Nie zamierzam udawać, że jestem mądrzejszy niż w rzeczywistości (choć to, w dzisiejszych czasach dosyć powszechne). To co, przedstawiam poniżej to mój plan treningowy przed poznańskim półmaratonem. Może ktoś z niektórych jego założeń skorzysta, może do czegoś się to komuś przyda. A pewnie większość powie, że w ogóle się nie znam i lepiej żebym wziął się za hodowlę zwierząt futerkowych, a nie za bieganie/trenowanie.

Z planami treningowymi jest tak, że im  więcej się o nich czyta, tym człowiek bardziej skołowany chodzi, zamiast biegać. W którymś momencie trzeba zdać się albo na doświadczonego trenera, albo na własną intuicję. Biorąc oczywiście pod uwagę możliwości własnego organizmu.

I jeszcze jedno: wszelkie plany treningowe są po to, żeby je na bieżąco modyfikować. Boli kolano, źle się czujesz itd. – ODPUŚĆ! Plan ma pomóc, a nie zabić :-).

Continue reading „Mój plan treningowy do półmaratonu”

5. Poznań Półmaraton-wrażenia

  1. Jeszcze nigdy nie biegło mi się tak lekko! Płuca i nogi same niosły. Dopiero na 20 km poczułem, że robi mi się pęcherz na wielkim paluchu, ale wtedy musieliby mi obciąć obie nogi, żebym do mety nie dobiegł.
  2. Muszę przyznać, że półmaraton to był mój drugi bieg w życiu, w którym pokonałem ponad 20 km. Pierwszy raz, trzy tygodnie przed półmaratonem, było to 22 km w tempie 6 min/km i pamiętam że na 18-19 km miałem straszny kryzys. A w czasie półmaratonu: NIC! Nawet nie przebiegałem w pobliżu żadnego kryzysu 🙂 Nieznośna lekkość biegu, po prostu. Continue reading „5. Poznań Półmaraton-wrażenia”

I po debiucie

Mówiąc szczerze cały tydzień poprzedzający 5. Poznań Półmaraton, zdenerwowany byłem ogromnie. Nie mogąc zasnąć, w myślach przebiegłem dystans 21 km i 97 metrów kilkakrotnie. Jednak nigdy nie osiągnąłem wyniku zbliżonego, do tego jaki było mi dane uzyskać w rzeczywistości. Kilka dni przed startem, zaczęła mnie boleć kostka. Tak dziwnie. Najbardziej bolała mnie wtedy, kiedy siedziałem (co jest kolejnym argumentem za tym, że siedzący tryb życia do najzdrowszych nie należy) lub chodziłem. Natomiast w czasie biegu wszystko było w porządku.

W niedzielny poranek, z nerwów ledwie zdołałem wepchnąć w siebie śniadanie. Później jeszcze tylko małe przygody z dojechaniem nad Maltę i stoimy z L. na starcie.

Ustawiłem się w grupie biegnących na 1:50, bo: 1) obliczyłem, że stać mnie na taki wynik i 2) wynik poniżej dwóch godzin uznałbym za satysfakcjonujący.

Ostatni raz postanowiłem poprawić sznurowadło i się zaczęło… Bo mniej więcej wtedy, kiedy pochylałem się, rozległ się strzał startera (a właściwie starterki) i ruszył na mnie tłum. Musiałem przyklęknąć, żeby nie stracić równowagi. Nim się pozbierałem, bo rękawiczki nie ułatwiają wiązania butów, znalazłem się na końcu grupy biegnącej na 2:00. Gorzej być nie mogło. Frycowe zapłacone, Coco Jumbo i do przodu, jak powiedział klasyk.

Swoją grupę goniłem przez jedenaście kilometrów. Odpocząłem sobie w ich tempie 7 kilometrów i na moście Rocha (pod koniec 18. kilometra) ruszyłem do przodu. Ostatni kilometr pokonałem w tempie 4:30 ostatecznie uzyskując czas netto 1:46:30! (brutto: 1:48:10)

5. Poznań Halfmarathon

Ja to: nie ta owłosiona małpa z czarnym ryjem, ani ta drobna blondynka, ani Pan Odblaskowy, tylko ten z końcówką numeru 85 🙂

Dumny z siebie byłem (i nadal jestem) niesamowicie. Ciężka praca (czasem) popłaca. Długie wybiegania, podbiegi, interwały, brnięcie w śniegu po kostki – to wszystko złożyło się na ten wynik.

Do swojego debiutu jeszcze zapewne wrócę, a to powyżej napisałem żeby uniknąć postu w stylu: „Zakładam sobie bloga, bo… bla, bla, bla”.

Jak mawiał śp. red. Jerzy Mrzygłód: „Żegnam się tradycyjnym, do usłyszenia i zobaczenia”.