I po debiucie

Mówiąc szczerze cały tydzień poprzedzający 5. Poznań Półmaraton, zdenerwowany byłem ogromnie. Nie mogąc zasnąć, w myślach przebiegłem dystans 21 km i 97 metrów kilkakrotnie. Jednak nigdy nie osiągnąłem wyniku zbliżonego, do tego jaki było mi dane uzyskać w rzeczywistości. Kilka dni przed startem, zaczęła mnie boleć kostka. Tak dziwnie. Najbardziej bolała mnie wtedy, kiedy siedziałem (co jest kolejnym argumentem za tym, że siedzący tryb życia do najzdrowszych nie należy) lub chodziłem. Natomiast w czasie biegu wszystko było w porządku.

W niedzielny poranek, z nerwów ledwie zdołałem wepchnąć w siebie śniadanie. Później jeszcze tylko małe przygody z dojechaniem nad Maltę i stoimy z L. na starcie.

Ustawiłem się w grupie biegnących na 1:50, bo: 1) obliczyłem, że stać mnie na taki wynik i 2) wynik poniżej dwóch godzin uznałbym za satysfakcjonujący.

Ostatni raz postanowiłem poprawić sznurowadło i się zaczęło… Bo mniej więcej wtedy, kiedy pochylałem się, rozległ się strzał startera (a właściwie starterki) i ruszył na mnie tłum. Musiałem przyklęknąć, żeby nie stracić równowagi. Nim się pozbierałem, bo rękawiczki nie ułatwiają wiązania butów, znalazłem się na końcu grupy biegnącej na 2:00. Gorzej być nie mogło. Frycowe zapłacone, Coco Jumbo i do przodu, jak powiedział klasyk.

Swoją grupę goniłem przez jedenaście kilometrów. Odpocząłem sobie w ich tempie 7 kilometrów i na moście Rocha (pod koniec 18. kilometra) ruszyłem do przodu. Ostatni kilometr pokonałem w tempie 4:30 ostatecznie uzyskując czas netto 1:46:30! (brutto: 1:48:10)

5. Poznań Halfmarathon

Ja to: nie ta owłosiona małpa z czarnym ryjem, ani ta drobna blondynka, ani Pan Odblaskowy, tylko ten z końcówką numeru 85 🙂

Dumny z siebie byłem (i nadal jestem) niesamowicie. Ciężka praca (czasem) popłaca. Długie wybiegania, podbiegi, interwały, brnięcie w śniegu po kostki – to wszystko złożyło się na ten wynik.

Do swojego debiutu jeszcze zapewne wrócę, a to powyżej napisałem żeby uniknąć postu w stylu: „Zakładam sobie bloga, bo… bla, bla, bla”.

Jak mawiał śp. red. Jerzy Mrzygłód: „Żegnam się tradycyjnym, do usłyszenia i zobaczenia”.

Reklamy