Koniec z bieganiem

I wychodzę. Jeszcze mi tętno nie wzrosło, a już widzę dziewczę w wieku gimnazjalnym o bujnym, a i perfekcyjnym makijażu, żeby go przygotować na pierwszą lekcję, pewnie musiała wstać o wpół do piątej.

To biegnę. I pamiętam o tym, żeby wolno. Pierwsze 500 metrów w trzy minuty. Nie szybciej. Na trawniku stoi dziecko. Mama obok klęczy i wrzuca do wiaderka kamienie niczym muszelki na plaży. Albo psie kupy. Może pety. Pięćsetka – 2:34. Za szybko. Podnoszę głowę i w ostatniej chwili unikam zderzenia ze śmietnikiem. Nie stoi on może na środku chodnika, ale też i nie na jego poboczu. Onegdaj była w tym miejscu wiata przystankowa, ale zawłaszczyli ją sobie złomiarze i szklarze. Ewentualnie inny element.

Wyrzucam pulsometr w krzaki, ktoś skorzysta. Może opanuje więcej jego funkcji, niż ja. Mi już zresztą potrzebny nie będzie, przecież ten dzisiejszy bieg to bieg ostateczny, końcowy. Taki, żeby się przekonać raz jeszcze że forma wyparowała niczym wrząca woda z czajnika i nic się już nie da z nią zrobić. Nie wróci. Koniec biegania, wszelkich cierpień. Boże, co za ulga.

Continue reading „Koniec z bieganiem”

Reklamy