Still Loving You – Ultra Cross GWiNT 2019

Biorąc za wzór pierwsze zdanie „Love Story” Ericha Segala („Co można powiedzieć o dwudziestopięcioletniej dziewczynie, która umarła.”), powinienem zacząć tak: co można napisać o stukilometrowym ultra, które się – żeby nie napisać dosadniej – zawaliło? Na tym zdaniu powinienem zakończyć, zawiera ono w sobie wszystko, jest doskonałe, jest początkiem, rozwinięciem i zakończeniem. Bo poza tym zdaniem nie mam nic. Brzmi to paradoksalnie, bo jednak mowa o relacji z biegu na ponad sto kilometrów, a ja stu słów nie potrafię na jego na temat złożyć. Nie mam nic, że powtórzę, dla wzmocnienia efektu. Bo co? Przyjechałem do Nowego Tomyśla, przyjechałem, pakiet odebrałem, odebrałem, jego skład tradycyjnie pominę, spotkałem paru znajomych z zeszłego roku, spotkałem, nowe znajomości nawiązałem, nawiązałem. Mogłaby ta wyliczanka trwać w nieskończoność, ale przypomnę nieuważnym, że to nadal jest relacja z biegu, a nie spis treści podręcznika relacji interpersonalnych.

Brothers In Arms

To może zacząć od końca? Choć zakończenie już zdradziłem, zawaliłem ten bieg, od pierwszego do ostatniego kilometra. Od rana, jeszcze nim dojechałem do bazy zawodów, żołądek mi szwankował, wszyscy aż do startu pocieszali mnie, że to z nerwów, ale ja wiedziałem, że nie o nerwy chodzi, że zachodzą tam poważniejsze procesy, niezbyt przyjemne, dodam. Odzyskałem chwilową równowagę dzięki spaghetti zjedzonemu u Asi i Bartosza, ale im bliżej startu tym sytuacja stawała się, krótko mówiąc, boleśniejsza. Nie pomogła ani herbata tuż przed startem, ani szybka wizyta w toi-toiu, cały czas dziwne ssanie w żołądku, który miałem wrażenie, że ścisnął mi się w niewielką kulkę i przykleił do kręgosłupa.
Start w Grodzisku, w parku, w który umiejscowiona była zeszłoroczna meta, miejsce mojej chwały, mojego ultra debiutu, mojego miejsca tuż za podium i zwycięstwa w kategorii wiekowej. Pierwsze kilometry to droga przez mękę. Zapominam o planie taktycznym, staram się trzymać jakiekolwiek tempo, boję się wypić łyk wody, bo nie wiem, co na to żołądek, a spodziewałem się najgorszego. Po dziesięciu kilometrach przyzwyczajam się, nieśmiało zaczynam popijać, biegnę już wtedy z Leszkiem, którego poznałem w zeszłym roku i jeszcze o tym nie wiemy, ale spędzimy razem na trasie ponad sto kilometrów. Brothers In Arms albo Grumpy Old Men.

60079308_376183109657868_9111321262134657024_n
Brothers In Arms już na mecie.

Aż do Rakoniewic bawię się w pacemakera, prowadząc sporą grupę biegaczy. Nie sądzę, żeby ktokolwiek z nich długo z nami wytrwał, choć tempo niezbyt oszałamiające. Taki wolniejszy trucht, bo wraz z bólem żołądka przeszła mi ochota na walkę, chcę tylko dotrwać do mety w Nowym Tomyślu. Coraz odważniejsze te łyki wody, ale nadal robię dobrą minę do złej gry, opowiadam nieśmieszne dowcipy, które nie wywołują ani salw śmiechu, ani entuzjazmu, ani niczego, a tymczasem już pierwszy punkt kontrolny w Rakoniewicach. I wzorem roku ubiegłego cola w kubek, kabanosy i krakersy w rękę i lecimy dalej, choć tempo nadal równe, ale wolne, i zapada decyzja, że będziemy tak biec do mety, przynajmniej próbować będziemy trzymać to 6:00 z małym plusem, że doświadczenie, siwe włosy i że tacy jesteśmy sprytni. Nie jesteśmy, nie byliśmy, może jeszcze kiedyś będziemy, tempa nie utrzymamy, rozejdzie się we wszystkie strony, ale nie uprzedzajmy. Gubimy peleton, biegniemy we dwójkę, rozmowa, milczenie, dowcip (mój, niezbyt śmieszny, jak zawsze), woda, kabanos, krakers. O żelach w plecaku nawet nie myślę, a żołądek to na chwilę dochodzi do siebie, po czym odmawia dalszej współpracy. Acha, jeszcze zgodnie, jak na komendę, sikamy w krzakach. Taki urok ultra, kto był, ten wie.

Twarda mina

I cały czas łudzimy się, że jest dobrze, że tempo optymalne, że doświadczenie (haha!), że ten bieg zacznie się na czterdziestym kilometrze. Nie, on już się dla nas skończył, ale twarda mina na ultra to podstawa sukcesu, tak jak równie twardy czerep, przydadzą się również mocne nogi, ale bez przesady. Drugi punkt kontrolny w Głodnie był, na pewno, ale ani żadnego wspomnienia (poza utartym schematem żywieniowym – cola, kabanosy, krakersy), ani żadnej refleksji, a na liczniku już 36 km, jedna trzecia, jakby nie liczyć, kryzys mały był chwilę wcześniej, ale nawet nie przyznałem się do niego Leszkowi, a on nie przyznał się mnie, ale to wyjaśnimy sobie za kilkadziesiąt kilometrów. Biegniemy, odliczając dystans do przepaku, ustalamy, że zatrzymujemy się na dziesięć minut, bo cóż tam dłużej robić? Robimy rachunek sumienia, co na przepaku, że zmienić buffa, może koszulkę, zostawić rękawiczki i że pora na izotonik do bukłaka, bo tej wody to już dłużej nie zniosę. A żołądek jak Wańka–Wstańka, co odpuści, to po chwili odda ze zdwojoną siłą. Twarda mina ma wielką przyszłość, mówię wam.

Przepak, no to raz, raz. I siedzimy na tym przepysznym kremem pomidorowym pełni nadziei, teraz, kurwa, my! Bo jeśli nie my, to kto? Żołądek z zadowoleniem przyjmuje zupę, a ja czekoladę, i dwa kilo krakersów i kabanosów. Cola też niezła. Lecimy. Sikamy, jak na komendę, wiadomo. Ten odcinek znamy, biegliśmy go w zeszłym roku, to na nim się poznaliśmy, choć spędziliśmy razem raptem kilka minut. I oboje mamy świadomość, że im dalej, tym trudniej, że po sześćdziesiątym kilometrze zaczną się te liczne podbiegi, niezbyt długie, ale strome, te, które przeleciałem w zeszłym roku na pełnym entuzjazmie, jaki cechuje naiwność debiutanta. Wtedy wygrałem, teraz pora na porażkę, coraz bardziej jesteśmy jej świadomi, choć żaden z nas nie chce tego wyartykułować na głos. Pierwszy podbieg, zaraz za nim drugi, trzeci, czwarty, ciągną się po horyzont. Przesadzam, to oczywiste, ale… Dwie myśli. Pierwsza, w zeszłym roku biegliśmy ten odcinek w nocy, a jak wiadomo nocą każdy kot jest czarny, a podbieg niewielki. Druga, bo przecież w tym terenie będzie rozegrany Mini GWiNT, a w nim wystartują moje dwie zawodniczki: Ania i Magda. Ostrzegałem je przed tymi podbiegami, że tu się cała zabawa zacznie, więc lepiej do tego momentu oszczędnie, żeby nie powiedzieć – ostrożnie. A tymczasem, to co widzę, a czego nie widziałem w zeszłym roku, to nagromadzenie tych podbiegów. W górę, w dół, w górę, w dół… I mówię do Leszka: „One mnie zabiją!”, bo przecież nie ostrzegłem ich, że te podbiegi to aż takie, ja myślałem, że kilka, że takie, ech, no trochę w górę, ale nic specjalnego, a tymczasem cierpimy razem, choć Leszek twierdzi, że ja na nich fruwam. Twarda mina robi różnicę, mówiłem, nie?

Czasem ktoś do nas dołączy, częściej ktoś nas wyprzedzi, z rzadka my kogoś. Jakiegoś zmarnowanego stumilowca, który, „ja chłopaki z wami”, ale daje radę raptem kilkaset metrów, zwalnia, przechodzi do marszu, a my coraz bardziej oddalamy się od założonego tempa, powoli zaczynamy trzymać się podstawowej zasady na setce, czyli byle do przodu. Czołgaj się, maszeruj, ale napieraj. Na punkcie z Kuźnicy Zbąskiej dowiadujemy się, że zajmujemy 17 i 18 pozycję, co pewnie podcina nam skrzydła (mi bardzo!), ale przecież jeszcze tylko czterdzieści kilometrów, co może pójść nie tak, skoro wszystko już poszło źle? Wszystko jest do dupy, biegniemy osiemset metrów, potem dwieście marszu, podbieg, w dół, bieg, marsz, kabanos, krakers. Żadnych większych kryzysów, poza tym, że każdy zbieg rozrywa mięśnie czworogłowe, na (haha!) czworo.

Chleb ze smalcem

O, Jastrzębsko. Co oznacza, że to kolejny punkt i że tu mniej więcej kończą się te upierdliwe podbiegi, a na punkcie czeka Bartosz, szepcze do mnie konspiracyjnie: „Mam coś dla ciebie” i podaje mi plastikowe pudełko, a w nim… chleb ze smalcem, o którym marzyłem w zeszłym roku, o którym wspominałem, będąc u Asi i Bartosza na kolacji, a oni po prostu spełnili moje ultra marzenie! Jesteście najlepsi! Jem kawałek, resztę chowam do plecaka, jeszcze tylko zdjęcie (tak, ten grymas na mojej twarzy, to wyraz wręcz ekstatycznego zadowolenia, na osiemdziesiątym kilometrze ciężko coś więcej z siebie wycisnąć).

59857133_890666701275367_631074963733872640_n

I to mniej więcej od tego miejsca Leszek zaczyna mnie namawiać, żebyśmy się rozdzielili, że niby mocniejszy jestem, a on mnie tylko spowalnia. Mówię, dobra, dobra, bo niespecjalnie chce mi się walczyć o 13 miejsce w OPEN i 6 w kategorii, a poza tym, aż taki mocny nie jestem ani nie byłem. Toczymy się więc wspólnie od punktu do punktu, w Miedzichowie paszcza mi się śmieje na widok domowego placka, który pochłaniam w ilościach przemysłowych, bo nie jestem w stanie już patrzeć ani na kabanosy, ani na krakersy, a żele nadal leżą sobie nietknięte w plecaku. W końcu męska decyzja – rozdzielamy się za Bobrówką, przez którą w tym roku przeprawa nie stanowiła większego problemu, była pozbawiona ryzyka, bo członkowie NKB Chyży idealnie ją przygotowali. No, to cześć, powodzenia, do zobaczenia na mecie, żegnamy się z Leszkiem, gdzieś w okolicach setnego kilometra. Szybko zaczynam doceniać jego towarzystwo, bo mimo ładnych okoliczności przyrody, to odezwać się nie ma do kogo, nikt nie wysłucha nieśmiesznego dowcipu, smutek i nostalgia. Zbliżam się do mety, próbuję podsumować ten bieg, ale wiem, że na to za wcześnie. Wiem też, że tak po prostu bywa. Raz na wozie, raz pod wozem, a raz kozie śmierć. I tego chyba zabrakło. Ryzyka. Tej odrobiny szaleństwa, na którą było mnie stać w zeszłym roku, a która wraz z odrobiną szczęścia przełożyła się na miejsce, będące poza zasięgiem moich marzeń. Dobra, wystarczy, wracamy na trasę. Już Nowy Tomyśl, ostatnie zakręty, wpadam na Rynek, przekraczam metę, zbieram (nie)zasłużone gratulacje, dostaję medal, a od Moniki piwo.

W stosunku do zeszłego roku poprawiłem się o 12 minut… Klęska. 15 w OPEN, 8 miejsce w M40. Bez komentarza.

60341234_604776590023935_5633522033078829056_n
Przedostatnia prosta.

Sprawdzamy, jak idzie dziewczynom: Magda jest druga w OPEN, czyli zgodnie z planem, a Ania druga w kategorii, czyli jeszcze bardziej zgodnie. Kilkanaście minut później przybiega Leszek, na gorąco wymieniamy uwagi, ale chyba nie dochodzimy do żadnych konstruktywnych wniosków, z drugiej strony, nie mają one już żadnego znaczenia, najważniejsze, że dobrze się przez te sto kilometrów wspólnie bawiliśmy. A o to przecież tak naprawdę chodzi w tym całym ultra.

59900018_2305154139527688_8970832976371777536_o
Na mecie z Anią. (7 w OPEN, 2 miejsce w K30). Trochę krzywy ten trener, ale bardzo dobry, a już na pewno lepszy niż zawodnik.

Na mecie pojawiają się dziewczyny, dekoracje, zdjęcia, chleb ze smalcem, piwo, prosecco i inne atrakcje. I myśl, że za rok znowu pojawię się na starcie, bo nadal kocham cię, Gwincie, choć z czasem coraz trudniejsze to uczucie… Ale wrócę, obiecuję!

60159702_360659514649511_4508470369392263168_n
Dziewczyny spisały się na medal, a te puchary im się po prostu należały! :–) Tak, wiem, miały być trzy, ale nie zawsze może być Dzień Dziecka.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Maszeruj albo giń – Ultra Cross Gwint 2018

„Nie wiesz, jak zacząć, zacznij, że zaczynasz”, radzi pisarz Janusz Rudnicki. Na przykład – „Na początku mego listu…”. Na początku mojej relacji powinienem umieścić podróż pociągiem z Poznania do Grodziska, w fotelu funkcjonalnością i wygodą przypominającym narzędzie tortur. Ale przeżyłem tę godzinę, ten nudny krajobraz, pola ciągnące się po horyzont, smętne miasteczka i wsie, współpasażerów umęczonych robotą, wracających z metropolii na swoją ojcowiznę, której ani uprawiać nie chcą, ani nawet nigdy nie chcieli. A może ojcowizna już sprzedana pod obwodnicę albo Autostradę Wolności, co, musicie przyznać, z pewnością jest jakimś postępem cywilizacyjnym.

Ale to nie jest początek tej historii. Parafrazując klasyka: „inne początki są w niej czynne”. O czym może później.

Pakiet odebrałem, obóz w hali rozbiłem, rozmowy z innymi uczestnikami odbyłem, wszyscy patrzyli na siebie trochę jak bokserzy przed walką, a może mi się tylko zdawało. Biedronka w Grodzisku wyglądała jak po najeździe Hunów, nawet bananów nie było, pizza w Pepino dobra, przy okazji pozdrawiam panią kelnerkę, tyleż ładną, co niemiłą. Powrót na halę, większość już śpi albo do snu się szykuje, poza tymi, którzy dopiero dojechali i teraz pokonują tę samą drogę, którą ja mam już za sobą. To tak w telegraficznym skrócie, może dzięki niemu dotrę do sedna nim wszyscy poumierają z nudów.

Czytaj dalej „Maszeruj albo giń – Ultra Cross Gwint 2018”