Skip to content

IV. Luboński Bieg Niepodległości, czyli lekcja muzyki

Czas: wtedy, kiedy jeszcze niezbyt zdolni uczniowie zamiast trywialnej jedynki dostawali dumną dwóję. Miejsce akcji: szkoła podstawowa, klasa druga, lekcja muzyki. Osoby dramatu: nauczycielka muzyki, sroga, wygląda na starą pannę, a nie jest, uczniowie, różni, zdolni i ci mniej. Nauczycielka: Nowak! Hymn Polski! Nowak zaczyna recytować, choć raczej powinien śpiewać, nie? Jeszcze Polska nie zginęła, póki… Siadaj, dwa!, przerywa brutalnie nauczycielka, następny!, ryczy jak kapo na apelu, wstaje następny, Niedziela się nazywa, zaczyna: Jeszcze Polska nie zginęła, póki… Siadaj, dwa!, ryczy stara panna, którą nie jest. I tak pół klasy wycięte jak choinki przed świętami.

Tośmy powspominali, to znaczy ja, bo wy tu siedzicie prawie jak ja wtedy na tej lekcji. Teraz uważać, dzieci, przeskok będzie. Trzydzieści lat jak z bicza strzelił, swoją drogą debilnie to brzmi. I już lekcja bardziej wuefu choć i muzyki. 11 listopada, Bieg Niepodległości, Luboń, czas i miejsce akcji podaję, zanotować, zapamiętać, zdać, zapić. Przed biegiem komenda: do hymnu! Taki ze mnie patriota, że nie wiem nawet, czy „póki” śpiewać, czy „kiedy”. Męska decyzja, nie śpiewam, nic się nie nauczyłem w tej szkole, stwierdzam, za to teraz dowiaduję się, że Mazurek Dąbrowskiego ma aż cztery zwrotki, i refreny też cztery, to znaczy jeden, ale cztery razy, nigdy bym nie przypuszczał, zaczerwieniam się, boję trochę, że mnie, kurwa, aresztują jeszcze, do lochu z nim, hymnu nie zna, se, kurwa, nie pobiega, widzę oczami wyobraźni. Strzał i po mnie, ale okazuje się, że to nie do mnie, nie wyrok, start, starter strzelił, ogary poszły w las, a my w Luboń.

Po stu metrach nagle stop, jak stop, jak start dopiero? Wpadam na kogoś, ktoś na mnie. Z gracją wymijajmy sprawcę zamieszania, tego stopu przymusowego, znaczy. To samochód, tzw. pilot biegu z zegarem na dachu, rozłożył się jak dąb albo jak dziwka na łóżku. Lecimy. Prosta, zakręt, prosta, zakręt i tak dalej. Strzelają flesze, grupka biegaczy robi sobie zdjęcie w biegu, samojebkę, musimy poprawić, bo Marek się nie załapał, pokrzykuje dowódca brygady. Wyprzedzam ich, jeszcze tylko dwa uderzenia drzewcem od flagi, to pewnie za ten hymn nieznany przeze mnie i pierwszy kilometr za mną.

Czytaj dalej…

15. Poznań Maraton – relacja

…czyli „nie miało boleć aż tak”.

Siedzę i siedzę, a powinno być, że biegnę i biegnę, makulatury literackiej wyprodukowałem tonę albo i dwie, wiadomo od dawna, że papier zniesie wszystko, choć należy dodać zgodnie z duchem czasów, że monitor komputera zniesie znacznie więcej. No i znosi moją nieporadną składnię, ubogie słownictwo i styl ciężki jak krok na 40 kilometrze maratonu. To chyba wersja trzecia albo czwarta, łatwo się pogubić, dokumentów o błyskotliwym tytule „15. Poznań Maraton” mam pół komputera, a drugie pół to zdjęcia, na wszystkich biegnę, na żadnym nie siedzę. I z tych wersji, które ostatecznie sczezną na dysku, to jeden akapit mam, ostatni, ale nie uprzedzajmy.

Na starcie tradycyjnie: Ryszard Prezydent, Rydwany Ognia i Maria Pańczak. Kenijczycy w pierwszym rzędzie, nim zabrzmiał strzał już byli w połowie dystansu, szans nie dali nikomu, również tradycyjnie, choć Polacy trzymali się dzielnie, ale przecież o bieganie chodzi, a nie o trzymanie, i ja, pośród tych sześciu tysięcy. Skazańców, chciałoby się dodać, żeby dramatyzm wzmóc, ale przecież sami sobie te 42 kilometry wybraliśmy, i podejrzewam, że większość z nas zrobiła to na trzeźwo, świadomi pełni praw i obowiązków, więc raczej nie skazańcy, a wybrańcy. Biegniemy.

Pierwszy kilometr, ścisk jak w tramwaju w godzinach szczytu, ewentualnie w rannym pociągu relacji Krzyż-Poznań, znam z autopsji, zdarza mi się. Drugi kilometr, obok mnie Bosonogi Biegacz z Flagą z Małopolski zaprasza na swój siedemdziesiąty maraton. „W tym tygodniu?”, pyta ktoś błyskotliwie, a i złośliwie. Aż żałuję i zazdroszczę, że to nie ja. Trzeci kilometr, dziwne, ale ktoś leży na poboczu. A właściwie nie ktoś, a biegacz. W pewnej całodobowej stacji informacyjnej już zacierają ręce, jest trup, bo co to za maraton bez trupa. Ukraina, ebola, Państwo Islamskie – to się nie liczy, my musimy, a właściwie oni muszą, mieć swojskiego trupa, Polaka-biegacza.

Reflektor wspomnień

Czwarty kilometr, spotkanie po latach, wpadam na Kubę, przepraszam – Jakuba, bo Kubę to ja miałem w dzieciństwie pod postacią papużki falistej i chomika syryjskiego. Kilka zdawkowych zdań, z dumą oświadczam, jak to cały przedmaratoński stres pozostawiłem w małej szaro-zielonej budce. Zostawiam go, biegnie za wolno, no i boję się, że zaraz zapalimy reflektor wspomnień, a nie rozmawialiśmy dłużej jakieś 18 lat. Pełnoletnia ta nasza nieznajomość.

Piąty kilometr, zaczynam rozglądać się za punktem odżywczym, brzmi to trochę jak punkt skupu żywca. Ciepło się robi, może nie jest to lipiec w październiku, ale fachowcy powiedzą potem, że „bieg odbył się przy wysokiej wilgotności powietrza”. No dobrze, a gdzie ten punkt? Jest tuż przed stadionem, no to trzy kubki wody na siebie i na murawę. Wstyd przyznać, ale to moja pierwsza na nim wizyta, na tym nowym oczywiście, bo na starej Bułgarskiej bywałem, owszem, śpiewałem, też, że Legia nie jest fajna, a Górnik to już w ogóle. Reflektor wspomnień – wyłączamy.

Przypominam sobie o moim planie na ten bieg, o planie, w który chyba od początku nie wierzyłem, a jednak zdecydowałem się go realizować. Dwanaście godzin przed startem powiedziałem do Marii, że jeśli kolano wytrzyma, to ja zrobię resztę. A właśnie, kolano. Bolało od dwóch tygodni, a może od zawsze. Po 15 kilometrach długiego wybiegania zaczynało boleć, po dwudziestu bolało bardzo, a po 25 ból stawał się nie do zniesienia. Ból przerażał mnie bardziej niż dystans – niezłe hasło, nie? Teraz mamy kilometr ósmy, a ja zaczynam czuć lekkie kłucie z boku rzepki, a może raczej: „myślę sobie, coś mi, kurwa, rzepkę skrobie”. Nie musicie wierzyć, ale ja naprawdę ten wers wymyśliłem na trasie maratonu, dokładne miejsce też pamiętam. A na dodatek tempa nie trzymam żadnego, tych pierwszych kilka kilometrów poszarpane niczym szrapnelem.

Pisałem o stresie i jak się go elegancko pozbyłem na godzinę przed startem, pisałem. Dodam, że jeszcze przed żadnymi zawodami nie byłem tak zdenerwowany. I nie tylko to. Bałem się. Bardzo. Czekałem na ten moment ponad 720 dni, czyli około 17 300 godzin, przez ten czas, bez większego wysiłku, można przebiec około 400 maratonów. Mi wystarczył ten jeden, ten mój, ten drugi w życiu, ten 15. Poznań Maraton.

Nie czas na coming out

Miałem świadomość, że dwie nieprzepracowane zimy mogą mi się odbić czkawką, a w najgorszym wypadku nieźle mnie sponiewierać. Pamiętałem też ten marcowy dzień, kiedy wróciłem z treningu całkowicie załamany, kiedy uznałem, że kolejny sezon stracony, że maraton to ja w telewizji może kiedyś zobaczę, bo nawet nie będzie mi się z żalu chciało wyjść z domu pokibicować. I nie czas, i nie miejsce, tutaj i teraz na coming outy, zostawmy je słynniejszym i bardziej sportowo utytułowanym. Ja pozostanę przy swoim eufemizmie, że wiosną tego biegania po prostu nie czułem.

Wracamy na trasę. Wspomnień czar odsłona druga, ostatnia raczej. Spotykam M., dawną znajomą, przy której moją nieznajomość z Jakubem można z powodzeniem nazwać prawdziwą przyjaźnią. Pytam, jak leci, taki banał, jaki można wyartykułować na 15. kilometrze maratonu, jak i w kolejce do kasy w Tesco. Bezpieczny, wydawać by się mogło, ale zamiast odpowiedzi słyszę jedynie burknięcie, i to raczej mało przyjazne. Nie byłem przygotowany na takie traktowanie i, jak to się ładnie mówi, zapomniałem wtedy języka w gębie, ale teraz mogę się odgryźć. Złośliwi, czyli ja, powiedzieliby, że jak się już nie biega maratonu w 3:08, a za to wyhodowało sobie piękną skórkę pomarańczową, to już nie trzeba starym znajomym na zaczepki odpowiadać. Zemsta bywa słodka. Biegniemy dalej. A M. tego maratonu nie skończyła, zdarza się, nie?

15poznan-maraton-03

A kuku na 15. kilometrze

Czytaj dalej…

15. Poznań Maraton – wstęp

15poznan-maraton-01

Znajdź różnice😉

A Ewa podesłała coś takiego – kgb przybija piątki z kibicami na trasie (41 sekunda)

pięć osiem jeden trzy*

10 dni do 15. Poznań Maraton
17 dni do 4. Samsung Półmaraton w Szamotułach
41 dni do 4. Lubońskiego Biegu Niepodległości

Strach… to może zbyt duże słowo, ale po kolei…

To nie miało prawa się już zdarzyć, myślałem, miałem nawet przekonanie graniczące z pewnością, że ten etap mam już za sobą, że zostawiłem go, tam gdzie jego miejsce, czyli w kategorii działań (a właściwie ich braku), do których już nigdy nie dopuszczę, bo taki ze mnie porządny biegacz, że tylko jakaś kontuzja, i to raczej ta z tych bardziej bolesnych, może mnie powstrzymać. O czym tak enigmatycznie piszę? O trzytygodniowej przerwie w treningach na przełomie lipca i sierpnia. Wytłumaczenia żadnego nie mam, jak i usprawiedliwienia, no może poza tym, że leń mnie dopadł, a upał dobił. Powrót był ciężki, momentami bolesny, ale wróciłem nie tylko na biegowe ścieżki, ale i do formy niejakiej, o czym za chwilę.

sierpien

Dowód przestępstwa😉

W związku z tym plan treningowy porzuciłem po miesiącu, co prawda nadal trenowałem według jego wytycznych, ale nie traktowałem go już tak dogmatycznie, raczej jako wskazówkę. A muszę przyznać, że ten plan działał, jak tylko na dobre powróciłem do uczciwego i ciężkiego trenowania to postęp widoczny był właściwie z tygodnia na tydzień. Dobrze pamiętam, jak pod koniec sierpnia walczyłem o 7 km w tempie 4:40, a już kilka tygodni później 16 km w tymże tempie przyszło mi właściwie bez większych trudności.

Tylko ta waga… cztery kilogramy więcej niż dwa lata temu, i już się nawet pogodziłem z myślą, że w ciągu miesiąca** się do tego wyniku nawet nie zbliżę. Zauważyłem natomiast pewną, dziwną prawidłowość – mianowicie: im więcej biegam, tym waga rośnie szybciej i z niebywałą wręcz konsekwencją, natomiast trzytygodniowa przerwa w treningach spowodowała spadek wagi o ok. 1,5 kg. „Bądź tu mądry i pisz książki”, jak mawiał pewien mój kolega, muszę przyznać, że nigdy tej mądrości ludowej nie rozumiałem i nie rozumiem do dzisiaj. To tak na marginesie, a wszelkie wyjaśnienia tradycyjnie z chęcią przyjmę.

Nie muszę specjalnie grzebać w archiwum bloga, trzeba też przyznać, że jest ono nad wyraz skromne, żeby wiedzieć, że dwa lata temu, przed maratońskim debiutem, jednego byłem pewien: że na pewno ten bieg ukończę. Teraz moje bolące prawe kolano tę pewność mi odbiera, a wizja zejścia z trasy np. na 35. kilometrze nie jawi mi się jako coś niewyobrażalnego. Chucham i dmucham na to kolano, nie forsuję, odpuszczę być może nawet ostatni ciężki trening, żeby tylko wytrzymało, żeby ból był do wytrzymania.

O strachu jeszcze miało być. Być może to za duże słowo, może jest to rodzaj stresu przedstartowego, ale muszę przyznać, że ten stres jest nieco bardziej uświadomiony. Dwa lata temu wiedziałem, że będzie boleć, ale nie wiedziałem jak bardzo. A bolało bardzo. Czy to dlatego drugi maraton jest uznawany za trudniejszy, że człowiek wie, czego się spodziewać?

Skoro już o mądrościach ludowych wspominałem, to przypomniała mi się jeszcze jedna: „Kto nie ryzykuje, w Rawiczu nie siedzi”, a której rosyjska wersja brzmi: „Kto nie ryzykuje, nie pije szampana”, bo zaryzykuję w Poznaniu maksymalnie. Postaram się pobiec na wynik 3:XX:XX, tak enigmatycznie znowu, bo jeszcze sam nie wiem, a decyzję podejmę zapewne na kilka minut przed startem. A poza tym widzę, że oczekiwania blogerów bardzo często rozmijają się z rzeczywistością, więc postaram się tego błędu nie popełnić, a nawet gdybym go popełnił, to się nie przyznam, taki sprytny lisek ze mnie.

A zatem czekajcie na mecie z szampanem!

* Mój numer na 15. Poznań Maraton
** Ten wpis zacząłem kilka tygodni temu

Wpis zastępczy

Muszę przyznać, że nie wierzyłem w naszych siatkarzy. Przyznaję, że przed rozpoczęciem finałowego spotkania wynik 1:3 wziąłbym w ciemno. Wziąłbym z pocałowaniem ręki i nikłą porażkę w stosunku 2:3, choć wtedy żal i poczucie straconej szansy z pewnością górowałby nad radością ze srebrnego medalu.

siatkarze

Nie znam się na siatkówce, nie znam się w takim stopniu jak na koszykówce czy piłce nożnej, choć w tym drugim przypadku zapewne nie dysponuję wiedzą większą niż przeciętny kibic sprzed telewizora. W czasie każdej transmisji z siatkarskiego, meczu zastanawia mnie, co to znaczy, że „wystawa była zbyt wąska/szeroka” albo „dlaczego libero nie broni w strefie szóstej”. Tajemna to dla mnie wiedza, tak jak jeszcze niedawno nie potrafiłem sensownie wyjaśnić różnicy między WB1 a WB2.

Z polskimi siatkarzami miałem do niedzieli jeszcze jeden problem, a mianowicie kilka lat temu się na nich obraziłem. Na śmierć i życie, a właściwie na kompletny brak zainteresowania, streszczający się w stwierdzeniu: „Jak wygrają to dobrze, jak przegrają to dlatego, że słabi są, a właściwie w dupach im się poprzewracało od tego nadwiślańskiego siatkarskiego ptasiego mleczka”. Okoliczności mojego świętego gniewu doskonale pamiętam (mecz z Serbią, prowadzenie w setach 2-1 i w secie czwartym 21:16, ostatecznie porażka po tie-breaku), meczu jednak umiejscowić nie potrafię, z pewnością były to jakieś eliminacje do czegoś, albo tych eliminacji finał, właściwie ci biedni siatkarze, albo ciągle się do czegoś kwalifikują, albo te kwalifikacje na jakimś turnieju finalizują, ale konsekwentnie w swoim fochu trwałem aż do niedzieli.

Przyznaję, że interesowałem się rozgrywanym w naszym kraju siatkarskim mundialem, zakodowaniem się nie przejmowałem, bo z lubością kradłem Panu Filantropowi sygnał telewizyjny, może nie osobiście, ale kto chciał, ten bez kłopotu mógł w internecie wszystkie mecze obejrzeć, choć jakość transmisja odbiegała od jakości znanej jako HD. Ale śledziłem te mistrzostwa bez większego zaangażowania emocjonalnego, a kiedy Brazylijczycy rozbijali naszych (a właściwie Waszych) na początku grupowego spotkania, przez myśl przechodziło mi, że wreszcie ten cholerny siatkarski balonik pęka, jakiejś wielkiej satysfakcji nie odczuwałem, po prostu jako polski kibic do wszelkich porażek już przywykłem, ale mimo wszystko im ten balonik większy, tym huk i niesmak po jego bolesnym przekłuciu bardziej bolesny. Po Euro 2012 naszych piłkarzy nienawidzę organicznie jak podbiegów.

A teraz po wczorajszym tryumfie muszę swojego focha schować głęboko do szafy, ewentualnie zakopać w lesie, zwrócić naszym honor, choć na moją dozgonną miłość raczej liczyć nie mogą, z czym, jak myślę, doskonale sobie poradzą, skoro cały naród nosi ich na rękach. I mogę już bez świętego gniewu, ale też bez świętego spokoju, usiąść sobie niezbyt spokojnie i pomyśleć, jak, do cholery, pobiegnę ten maraton, za niecałe 20 dni.

Plan treningowy – starcie pierwsze

Wolny mam ostatnio przewód myślowy, a właściwie blogowo-pisarski, poprzednie słowo może jest lekkim nadużyciem, ale powiedzmy, że mrugam teraz do Was porozumiewawczo, ja wiem, a Wy rozumiecie, tak to mniej więcej jest.

A zatem… Nim wpadnę o czym napisać, nim ułożę co nieco w głowie, bo najgorzej jak człowiek siada przed pustą kartką w Wordzie z równie pustą głową, nim plan się pojawi, nim stuknę w klawiaturę po raz pierwszy, to okoliczności się zmieniają i znowu muszę się położyć wygodnie na kanapie, pomyśleć, pokombinować, niewiele do głowy przychodzi, myślę sobie: może jak stuknę w klawiaturę, to się coś pojawi, ale się nie pojawia, cała misja skazana jest na niepowodzenie, samobójcza niejako.

Bowiem wpis, który planowałem miał być o tym, jak mi się nie chce (trenować do jesiennych startów), jak to ponownie tego biegania nie czuję i przede wszystkim o tym, że nawet nie chce mi się, żeby mi się zachciało. To tak w skrócie. Bo oczywiście zamierzałem ten tekst okrasić licznymi przykładami, dodać sporo wątpliwości (właściwie po co te starty, te życiówki, te wcześniejsze męczarnie) i tak dalej. Ale nim (tu ponownie wstawić fragment o rozmyślaniu, a potem o siedzeniu przed pustą wordowską kartką), to mi się zachciało. Tak po prostu, nagle i niespodziewanie. Może dlatego, że na początek lipca przypadał czas, kiedy wybrany przez siebie plan treningowy do maratonu powinienem zacząć realizować.

poznan-maraton
Po prostu lubię to zdjęcie😉

Ale nie myślcie sobie, że już jest cudownie, wspaniale, że pełnia szczęścia, że chęci i poczucie sensu wróciło, bo problem jest nieco inny, choć, jak mi się wydaje, równie poważny. Z przykrością stwierdzam, że po zrealizowaniu czterech z pięciu treningów zaplanowanych na pierwszy tydzień planu, niemalże padłem na pysk. Dosłownie. Wczorajszy dzień to katastrofa, nie pamiętam, żebym kiedykolwiek czuł się tak źle. A jeszcze zachciało mi się deskę zrobić, ale nie byłem w stanie. I nie mam tu na myśli, tego że nie mogłem wytrzymać w tej pozycji minutę czy półtorej, ja po kilkunastu sekundach miałem ochotę położyć się na podłodze i już nie wstawać. A porywający niczym wpisy niektórych blogerów ćwierćfinał MŚ Niemcy – Francja najnormalniej w świecie przespałem.

Dzisiaj jest już lepiej, zmęczenie minęło, deski sobie zaaplikowałem, choć muszę przyznać, że jutrzejsze wolne, długie wybieganie lekko mnie przeraża. Wiem, że pobiegniemy w tempie ładnie nazywanym „konwersacyjnym”, ale mimo wszystko. To niby tylko 18 kilometrów, ale jeśli mnie pamięć nie myli, to taki dystans przebiegłem ostatnio we wrześniu. A i wspomnienie wczorajszego ostatniego kilometra WB2 w tempie ledwie 4:40 powoduje, że znowu odechciewa mi się tego całego biegania, tych życiówek, tego maratonu i innych pomniejszych startów.

Zawsze twierdziłem, że plan ma nam pomóc, a nie nas zabić, ale teraz wygląda mi to na sytuację zero-jedynkową. Albo on mnie wykończy, albo ja jego. To żart oczywiście, na dodatek wyjątkowo mało śmieszny. Bo wiem, że muszę ten plan nieco zmodyfikować, pozmieniać, powyrzucać niektóre jednostki treningowe, więcej spać. Niby wiem wszystko, a tak naprawdę nie wiem nic. Oczywiście postaram się dowiedzieć, o czym nie omieszkam Was poinformować.

A dla miłośników tabelek, analiz i innych takich, podaję link do owego planu treningowego. Jednocześnie informuję, że nie zamierzam mieścić się w podanych tam widełkach, czyli nie pobiegnę maratonu na czas 2:59-3:10, tylko wolniej. Jak bardzo wolno? Nie wiem jeszcze. Nie wiem, a wiedzieć lubię – pamiętacie?

Lato Muminków, a jesień moja!

I jak to miło uruchomić edytor tekstu ze świadomością, że wreszcie człowiek będzie mógł napisać coś optymistycznego, coś, co z przyjemnością przeleje na ekran monitora, a co i u ewentualnego czytelnika nie spowoduje, lub przynajmniej nie powinno spowodować, wzrostu tendencji samobójczych. Co musicie uznać za spory postęp, bo moje ostatnie teksty, raczej skłaniały czytelników ku żyletce, niż na przykład ku klawiaturze, żeby skomentować te moje zgrabnie złożone słowa. “Zlepiam wyrazy jak dłonie super glu”, jakby, z sobie znaną lekkością, zarymował O.S.T.R.y. Choć ostatnio być może wróciła lekkość biegania, to słowa nijak ze mną współpracować nie chcą, uciekają, wracają niechętnie, kluczą, niby krążą w pobliżu, ale złapać je trudno niczym zrozumieć sukces JKM w eurowyborach.

I taka myśl się pojawiła, gdzieś na dziesiątym kilometrze jakiegoś biegu, żeby tak z grubej rury, choć pewien niezwykle językowo uzdolniony bloger pisuje „z grubej lufy”, i żeby tak jesienią trzy życiówki zrobić. W maratonie, półmaratonie i na 10 km. Oczywiście najłatwiej będzie to zrobić na dystansie 21,095 km, bo i dystans najłatwiejszy do biegania, a i moja życiówka sytuuje mnie raczej w dolnych rejonach biegowej arystokracji, żeby nie powiedzieć, że ja, z tym wynikiem dopiero do tego stanu aspiruję, a na razie w jednej grupie jestem z, wybaczcie wyrażenie, biegowym plebsem.

Czytaj dalej…